Piątkowy koncert w Filharmonii Krakowskiej pod dyrekcją Sebastiana Perłowskiego w całości wypełniły utwory muzyki polskiej. Na początek zabrzmiały trzy orkiestrowe fragmenty z Halki Stanisława Moniuszki: Uwertura oraz specjalnie dopisane na potrzeby warszawskiej premiery Mazur i Tańce góralskie.
Wykonane w formie koncertowej zyskały symfoniczny oddech, między innymi za sprawą zwiększonej obsady w stosunku do wykonań w warunkach operowych. Sebastian Perłowski poprowadził je z właściwym sobie szerokim gestem, eksponując partie poszczególnych sekcji instrumentalnych i uporczywe następstwo tematów w uwerturze, a w ustępach choreograficznych wydobywając ich taneczne zacięcie i rozmach. Potem przyszła kolej na Władysława Żeleńskiego, następcę Moniuszki na polskiej scenie operowej, ale tym razem zaprezentowanego jako autor muzyki instrumentalnej. Romans wiolonczelowy op. 40 to właściwie konzertstück z elegijnymi ogniwami skrajnymi, utrzymanymi częściowo w technice imitacyjnej, oraz bardziej ożywionym środkowym z kadencją, a całość wieńczy przejmujący flażolet solowego instrumentu.
Michał Dąbek w pełni wykorzystał jego walory jak śpiewność oraz szlachetny dźwięk o ciepłym, ciemnym zabarwieniu. Romans Żeleńskiego stanowić może wartościowe uzupełnienie niewielkiej ilościowo polskiej literatury wiolonczelowej przed Witoldem Lutosławskim, obok utworów koncertowych Zygmunta Stojowskiego, Jana Maklakiewicza i Piotra Perkowskiego.
Tym, czym dla polskiej opery byli Moniuszko i Żeleński, to ich rolę na polu symfoniki po Ignacym Feliksie Dobrzyńskim odegrał Zygmunt Noskowski, autor trzech symfonii i nowatorskiego na owe czasy poematu symfonicznego Step op. 60, łączącego dźwiękowe malarstwo z programową narracją, snującą kresową opowieść, pozostawioną wszakże do konkretnego wypełnienia wyobraźni słuchaczy.

Na delikatnym tle smyczków rozbrzmiewają sola klarnetu, waltorni (zagrane z wrażliwością), fletu. Z kolei w z lekka orientalizowanym epizodzie dochodzą do głosu obój i tamburyn. Dyrygent umiejętnie stopniował dynamikę, tak że ucho cieszyły różne jej odcienie. Mieczysław Karłowicz, główny twórca tego gatunku na gruncie polskiej muzyki, wszak nie do niego odwołał się w tym zakresie, mimo pobierania nauki harmonii. Daje w nich znać o sobie pesymistyczny duch epoki późnego romantyzmu oraz właściwa dla niego gęsta i barwna orkiestracja. Tak jest w Powracającej fali op. 9. Tym razem na słowa uznania zasłużyła grupa waltorni, pewnie intonująca przewijający się motyw przewodni, po wprowadzającej go po raz pierwszy trąbce.
Perłowski umiejętnie wyważył plany dynamiczne, na fortissimo pozwalając sobie dopiero w kulminacyjnym tutti, a w zakończeniu egzekwując powolne rozpłynięcie się w ściszonym brzmieniu smyczków. Kulminację programu, choć nie pod względem kolejności, stanowiła świetnie i oryginalnie zarazem zinstrumentowana kompozycja Joanny Wnuk-Nazarowej Prélude et Grande Fugue „la Catastrophe” na wielką orkiestrę, (poszerzoną o klawesyn, rozbudowaną baterię perkusyjną i nietypowy instrument jak syrena alarmowa), sopran chłopięcy i harfę haczykową. Gdyby próbować ją zakwalifikować stylistycznie, to najwłaściwszym nurtem byłby postsonoryzm, jednocześnie dyscyplinowany wewnęrznie za sprawą dialogu z formą o utrwalonej tradycji jaką jest fuga.
Operuje nie tylko dramatycznymi ostinatami smyczków, ale i blokami szorstkich brzmień. Przeciwstawieniem dla tego brutalnego świata dźwiękowego jest eufoniczny głos wokalny z akompaniamentem harfy haczykowej, przeplatający się z orkiestrowym tutti, a w końcu brutalnie się z nim zderzający.

Muzyczny przebieg zamykają efekty szmerowe w postaci pustych przedęć. To rzadki przypadek twórczości w późnym okresie zawodowej działalności (dyrygenckiej, naukowej, organizacyjnej i pedagogicznej). Jakby artystka czekała na osiągnięcie kompozytorskiej dojrzałości, kiedy kolejne utwory nie powstają na zasadzie prób i niepowodzeń czy przypadku, lecz długo się krystalizują, zanim przybiorą ostateczną, w pełni ukształtowaną postać, a ich zapis okazuje się wewnętrzną koniecznością.
Lesław Czapliński