W pierwszych słowach libretta Marii Peszek i Klaudii Hartung-Wójciak do przedstawienia-musicalu pt. Serce ze szkła. Musical zen, wypowiadane są myśli brzemienne dla całości wydarzenia, zaczerpnięte zresztą z książki dystrybuowanej w foyer Teatru Studio za cenę 35 zł. Oto one: Sytuacja jest taka, że ja, Maria, znajduję siebie jako człowieka, ale też jako artystę, w dupie i stwierdzam, że to nie jest przyjemne miejsce.

W dalszej kolejności w śpiewanych i mówionych tekstach pojawiają się inne elementy należące do układu wydalniczego jak i moczowo-płciowego, czego symbolem są zakupione hurtowo białe dziecięce nocniczki w liczbie przynajmniej 14. Na tych to niewielkich naczyniach siadają zgodnie wszystkie biorące w przedstawieniu dorosłe osoby i zgodnie z zapowiedzią nie jest im specjalnie wygodnie, ani przyjemnie.
Ale przynajmniej złudzenie, że jesteśmy na spektaklu dla przedszkolaków z najmłodszej grupy, zostaje utrzymane. Książka Marii Peszek, o której była mowa, jest biografią artystki w sporej części składającą się z rozmów z tatą, Janem Peszkiem. W przedstawieniu też jest tego odbicie, bo gdy Maria grająca Kaja, chce o coś zapytać tatę grającego Królową śniegu, on wyznaje, że od pytań woli odpowiedzi. I dodaje: Jestem człowiekiem szalenie optymistycznym. To znaczy emocjonalnym i w gruncie rzeczy bardzo niedojrzałym. Zaraz potem pojawia się na scenie i to on pyta: Czy mogę pierdnąć? Jesteśmy więc w domu (Państwa Peszków w Łodzi). Zajmijmy się teraz stroną muzyczną zagadnienia.
Jakkolwiek reżyserem jest Cezary Tomaszewski to jednak za muzykę odpowiadał ktoś inny. Sama Maria Peszek oraz doświadczony twórca lżejszej muzy Andrzej Smolik. Komu przypisać na konto chorał gregoriański, miast po łacinie albo po polsku, śpiewany pewnie po norwesku czy lapońsku? Od tej sakralnej melodii zakończonej międzynarodowym Amen zaczyna się dosyć obrazoburcze dopiekanie religijno-kościelnym obyczajom polskim, ale muzyka jest już całkiem świecka.

Z wyjątkiem początku Bogurodzicy, śpiewanej przez Monikę Obara jako Specjalistkę od Andersena, mamy tu tańce, np. tanga, fokstroty, jest rap i rozmaite protest songi. W przedstawieniu gra na żywo kapela, w której słychać czasem puzon, gitarę, czasem akordeon i inne klawisze.
Wszystko umiarkowanie głośno, bo przecież najważniejsze są słowa śpiewane przez artystów. A oni bez mikroportów wzmacniających głosy sobie nie radzą. To już choroba ogarniająca teatr jak jakaś epidemia. Widz patrzący na scenę nie ma pojęcia, kto w danej chwili jest przy głosie, bo dobiega do niego dźwięk z megafonów. Patrzy w lewo, patrzy w prawo, wreszcie widzi osobę ruszającą ustami. Mam ją! – myśli sobie. A jeśli to zmyłka? Jeśli dany wykonawca naśladuje karpia? Jedynie głosy charakterystyczne, o specyficznym brzmieniu pozwalają szybko odnaleźć śpiewającego lub mówiącego. Wydaje się, że taki głos ma sama Maria Peszek. Charakterystyczny i bardzo dobry jest w te klocki Tomasz Nosiński jako Lapończyk łowiący na wędkę wielkiego (suszonego) dorsza.
Niezły materiał głosowy ma Marcin Pempuś w roli Królowej śniegu W Kryzysie, zaś kwalifikacje pieśniarskie słychać u Moniki Świtaj, która jest Gołębicą i Finką. Niektórzy recenzenci chwalą też wokal Małgorzaty Biela jako matki Kaja, czyli Marii Peszek. To wszystko niknie jednak, gdy dowiadujemy się, że tata Peszek rzucił niegdyś córce Marii komplement, że ma talent jak Mozart.
Temu została poświęcona rozbudowana scena wokalno-wizualna, z profesjonalnymi pulpitami na nuty, z suknią, jak z filmu Amadeusz, i stojącym za solistami chórkiem. Zdolny kompozytor przygotował prostą melodię, a słowa... Kocham trzy zapachy: z pisi, z pupy i spod pachy. Gdy ktoś czytał listy młodego Wolfganga Amadeusza do jego kuzynki, z pewnością znajdzie tu sporo analogii.

Z przedstawienia wychodzimy więc trochę wku... , mając jednak przekonanie, że autorzy musicalu nie mijali się z prawdą, że mówili uczciwie jak jest i jak było onegdaj, choć akcenty w partiach śpiewanych nie trafiały na właściwą sylabę. Że twórcy postarali się zgrabnie przyozdobić wizualnie parodię Królowej śniegu Andersena w kojarzące się ze skandynawskimi horrorami dekoracje i kostiumy Aleksandry Wasilkowskiej, a choreograficznie poprowadziła zespól Barbara Olech. I jeszcze, że znaleźliśmy się w kręgu oddziaływania polskiej odmiany ZEN, czyli połączenia buddyzmu i taoizmu. Publiczność wciąż w nadkompletach robi stojącą owację, a bilety wcale do tanich nie należą.
Joanna Tumiłowicz