Pewnie figurujące w dowodach osobistych dawnego typu jako znak szczególny, a w przedstawieniu Bartosza Szydłowskiego Urban. Idę po was...(Teatr „Łaźnia Nowa” w Krakowie) będące dziełem charakteryzatora, obok gigantycznej małżowiny jako elementu scenografii poziomo ułożonego na posadzce proscenium. Dzielone wraz z ówczesnym prymasem, o czym wspomina bohater, pisząc swój sławny Alfabet, który otworzy przed nim drugie życie.
Pod względem materialnym na o wiele większą skalę jako potentata prasowego (swojemu byłemu naczelnemu z Polityki finansował ambitny miesięcznik Dziś, w którym kilkakrotnie publikowałem). Przywołuje też Stefana Kisielewskiego z przeciwnej strony politycznej barykady. O tamtym mawiano, że wywalczył sobie w PRL-u status Stańczyka. A do jakiego historycznego czy literackiego prototypu odnieść można figurę samego Urbana? Chyba Marchołta grubego a sprośnego?
Zresztą, niczym jego sceniczny sobowtór Adam Ferency, nie ukrywał tych swoich fizycznych mankamentów, lecz przeciwnie, budował na nich swoją popularność, chociażby negatywną, czerpiąc satysfakcję z kierowanych pod swoim adresem obelg i wyzwisk. Mistrz celnych ripost, nie stroniący od prowokacji. Ale także nazywany w środowisku „prostytutką” ze względu na gotowość kupczenia swoim piórem. Wydawałoby się, że po upadku PRL-u jego czas się definitywnie skończył. Dokonał wtedy straceńczego gestu i wstąpił do Partii, niczym Piszczyk z Zezowatego szczęścia przywdziewający mundur, kiedy wszyscy go zrzucali, by nie dostać się do niemieckiej niewoli.
Ale zmartwychwstał jako osoba publiczna, niczym Galilejczyk, z którym stoczy pojedynek w finale spektaklu. Inscenizator nadał opowieści o Urbanie (scenariusz Piotra Rowickiego według książki Doroty Karaś i Marka Sterlingowa Urban. Biografia) formułę show. Bo takim show były jego konferencje prasowe w roli rzecznika rządu generała Jaruzelskiego, organizowane dla zagranicznych dziennikarzy, z których relacje dla krajowej publiczności stanowiły rodzaj masochistycznej rozrywki, gromadzącej przed telewizorami milionową widownię.
Z tej okazji zamontowano kurtynę i horyzont w tle, akcesoria tradycyjnego teatru (scen. i reż. świateł: Małgorzata Szydłowska), z którymi po raz pierwszy zetknąłem się w Łaźni Nowej, a umożliwiające szybkie zmiany scenerii w sekwencjach nachodzących na siebie wydarzeń niczym kabaretowe skecze. A taki charakter posiada pośmiertny monolog defekacyjny, wywiad prasowy, w którym jego wypowiedzi puentowane są świńskim chrumkaniem, czy pisanie wspomnianego Alfabetu.
Na tę okazję trzy kubiki zmieniają się we wnętrza grobu, studia telewizyjnego i gabinetu. Kiedy indziej ich ściany służą za ekrany dla multimedialnych projekcji, między innymi z pięćdziesięcioma twarzami Greya, przepraszam Urbana. Przejęzyczenie nieprzypadkowe, bo uchodził za erotomana. Prof. Alicja Helman opowiadała mi, że będąc razem na festiwalu filmowym w San Sebastian rozglądał się za kur... tyzanami, pytając się o profesję kobiet, które wpadły mu w oko. I był bardzo zawiedziony, słysząc, iż to słynna dziennikarka, aktorka czy tłumaczka.
Ilość twarzy odpowiada wielości pseudonimów, które przybierał wraz z zakazami publikacji, czy epitetów, którymi go obdarzano, jak Joseph Goebbels. Adam Ferency tworzy postać Jerzego Urbana na dwóch planach. Z jednej strony ją imitując ze wszystkimi cechami charakterystycznymi jak wspomniane uszy, głos, sposób mówienia. Z drugiej nieco przerysowuje i w ten sposób się dystansuje, dodając odaktorski komentarz.
Również na Brechtowską modłę za pomocą songu. Odpowiedni klimat wnosi oprawa muzyczna będąca dziełem Zespołu Salkers. Szczególnie wyróżnił się śpiew solistki Hanny Klepackiej, odznaczający się znaczną siłą wyrazu. Protagoniście towarzyszą: Barbara Jonak w roli Małgorzaty Daniszewskiej, ostatniej żony Urbana, oraz Paweł Smagała jako dziennikarz, Adam Michnik czy Jezus. W tytule przedstawienia w Łaźni Nowej kryje się groźba lub ostrzeżenie: „idę po was”.
Po mnie Jerzy Urban przyszedł swego czasu w rzeczywistym wymiarze. Zetknąłem się z nim w okolicznościach teatralnych w stanie wojennym. Podczas spektaklu Starego Teatru Mord w katedrze na Wawelu (w Warszawie analogiczną inscenizację Jerzego Jarockiego dramatu Thomasa Stearnsa Eliotta Dramatyczny wystawił w świętojańskiej) krzesła ustawione były po obydwu stronach przejścia w głównej nawie. I w trakcie przedstawienia, zza sylwetek królewskich siepaczy nagle wyłoniła się naprzeciw mnie świecąca łysina i charakterystyczne uszy Jerzego Urbana, którego wejście umknęło mojej uwadze. Drugi raz minęliśmy się na Powązkach Wojskowych podczas pogrzebu zamordowanych Jaroszewiczów.
Lesław Czapliński