Głównym powodem zorganizowania wyjazdu grupy fanów operowych z Biurem Grand Tour do lipskiej Opery było dwukrotne pojawienie się na tej scenie młodego polskiego tenora Piotra Buszewskiego. Ten znakomity artysta występował dzień po dniu w dwóch różnych przedstawieniach, co już samo w sobie jest pewnym ewenementem, zważywszy odpowiedzialność i wysiłek fizyczny, jaki trzeba włożyć w wykonanie ról operowych.
W tym konkretnym przypadku było to wydarzenie dla polskich melomanów bardzo korzystne, ale dla samego wykonawcy – poważne wyzwanie. Zwykle teatry operowe dają artystom przynajmniej jeden dzień odpoczynku po zaśpiewaniu roli, a tego typu przypadki są właściwie incydentami. Ostatnio wydarzeniem niezwykłym było ratowanie spektakli premierowych Traviaty w Łodzi przez Joannę Woś, która z powodu choroby swoich zmienniczek musiała obsłużyć trzy kolejne przedstawienia. Piotr Buszewski na spotkaniu po spektaklu z polską grupą powiedział, że jemu taki przypadek zdarzył się po raz pierwszy, ale nie uważa go za coś szczególnie męczącego, bo w Kawalerze srebrnej róży Ryszarda Straussa (nowa inscenizacja) kreuje tylko niewielką rolę włoskiego śpiewaka, który wykonuje tylko jedną arię, natomiast popisowa, ważna i eksploatująca rola Księcia Mantui (tego od La donna e mobile) w Rigoletcie Giuseppe Verdiego, które jest spektaklem pokazywanym na tej scenie od 12 lat, pojawiła się dopiero następnego dnia. W obu przedstawieniach nasz artysta, którego kariera rozpoczęła się zaledwie 5-6 lat temu, wypadł znakomicie, wokalnie, aktorsko i wizerunkowo.
Powiedzmy więc parę słów o obydwu spektaklach Opery w Lipsku, która nie może narzekać na brak znakomitych głosów i zdolnych realizatorów, zwłaszcza, że w tych produkcjach artystycznych uczestniczy orkiestra o światowej renomie – Gewandhausorchester. Kawaler srebrnej róży jest wysmakowanym przedstawieniem komediowym w stylu secesyjnym, ale z rozmaitymi odejściami do współczesności.

Realizatorzy, w tym reżyser Michael Schulz oraz wspomagający go scenograf, dramaturg i kostiumolog z tzw. przymrużeniem oka uruchamiają np. na scenie zdalnie sterowaną obrotową platformę, którą obsługuje elektronicznie jeden z wykonawców, zaś w trzecim akcie przenoszą intrygę do nieco przaśnych czasów NRD, gdzie kwitło donosicielstwo, grasowała wszędobylska milicja i korzystano z wątpliwej klasy rozrywki.
Wszystkie te okoliczności bez trudu i fałszowania oryginalnego libretta można było dopasować do frywolnej i rozpustnej akcji przedstawienia, bo jak wiadomo tytułowy Kawaler srebrnej róży jest, tak jak Cherubino w Weselu Figara Mozarta, tzw. rolą spodenkową, a więc śpiewaną przez kobietę, której zakłada się spodnie i która równie kusząco wygląda w kobiecym przebraniu. Librecista Kawalera, austriacki pisarz Hugo von Hofmannsthal, korzysta z tego teatralnego grepsu wytrwale, co oczywiście musi wzbudzać salwy śmiechu (o ile ktoś rozumie, że to nie jest krytyka LBTG). Opera z Lipska potrafiła zapewnić sobie trzy bardzo dobre śpiewaczki – do roli Marszałkowej francuski sopran Solen Mainguené, do roli Kawalera czeski mezzosopran Štěpánka Pučálková, a do roli Sofii – miłości Kawalera także z Czech – sopranistka Olga Jelínková. Wiodące role męskie: Barona Ochsa kreował Tobias Schabel, a bogacza Faninala Mathias Hausmann, oni jednak mieli partie mniej popisowe, bardziej komediowo-charakterystyczne, co im się zresztą dobrze udało.
Baron Ochs z upodobaniem, jako podstarzały lowelas, powtarza, że „ze mną żadna noc nie wydaje się zbyt długa”, co skutkuje tym, że w finale pojawia się fałszywa wdowa, która pragnie mu wmówić ojcostwo co najmniej piątki dzieci. Oczywiście pociechy zgodnym chórem wołają – Tata, tata – bo to śpiewacy Kinderchor der Oper Leipzig.

Na marginesie – tradycja chórów dziecięcych w Lipsku sięga czasów największej postaci i dumy tego miasta, Jana Sebastiana Bacha, a zapewne jest jeszcze wcześniejsza. Na scenie Rosenkavaliera mamy zatem komedię z dosyć niewybrednymi Wicami i nagminnym obmacywaniem pań, co zresztą pasuje do nieskomplikowanego poczucia humoru naszych zachodnich sąsiadów. Ale muzyka Ryszarda Straussa pozwala zapomnieć o prostackich i przyziemnych żartach, bo wspina się na wyżyny natchnienia, a zawłaszcza finał, na początku kobiecy tercet, a następnie duet kochanków, nosi cechy arcydzieła.
Najpierw Marszałkowa dzieli się swoim miłosnym żalem i to przybiera tony właściwe dla przepięknych, finałowych perełek kompozytora, czyli Vier letzte Lieder (Czterech ostatnich pieśni), a poźniej, gdy Kawaler i Sofia śpiewają swój duet miłosny, to realizatorzy przedstawienia wpadli na pomysł, że wszystkie dekoracje spektaklu odjeźdżają w głąb sceny i znikają, bo miłość wyrażana muzyką nie wymaga już żadnych ozdób ani sprzętów, jest uniwersalnie piękna, co świetnie zrealizowała orkiestra pod batutą Christopha Gedscholda, dyrektora muzycznego Opery w Lipsku.

Tu trzeba zaznaczyć, że ta trudna opera, bo wymagająca wypowiedzenia ogromnej ilości tekstu po niemiecku, musi także zatrudnić 30 śpiewaków solistów, nie licząc statystów, tancerzy itd. Nie każdy teatr operowy na to stać. Dyrektor Sławomir Pietras opowiadał po przedstawieniu, że gdy wystawiano Kawalera srebrnej róży w Teatrze Wielkim w Łodzi, to do sceny z lekarzem zaangażowano teatralnego lekarza zakładowego, który z operą wyjechał też (jako podwójny lekarz) na tournée.
Wspomnieć wypada, że krótką, ale soczystą scenę z włoskim śpiewakiem wykonał interesująco nasz tenor Piotr Buszewski. On rzadko pojawia się w Polsce, a głos pomagali mu wykształcić m.in. Leszek Świdziński, Jerzy Knetig, Dariusz Grabowski, a potem był w Rzymie u Renaty Scotto, następnie w Filadelfii u Fabio Castello itd. A tak naprawdę, jego marzeniem jest Aria z kurantem w Polsce, bo debiut w MET ma już za sobą.

Następnego dnia pojawił się, także w mocno stylizowanym włoskim kostiumie, jako Książę Mantui. Rigoletto Verdiego wymaga nie tylko świetnego tenora, ale także tytułowego dramatycznego barytona o przejmującym głosie. Tę rolę bardzo dobrze spełnił wykonawca z USA Daniel de Vicente. Ważny jest też udział jego operowej córki Gildy – sopranistki o ciepłym głosie, której zdarzały się jednak dźwięki wysilone, a przez to niezbyt urodziwe wokalnie.

Tutaj pokazała się Athanasia Zöhrer, grecko-austriacka solistka z powodzeniem krążąca po najlepszych niemieckich operach. W takiej obsadzie tenor z Polski błyszczał ciepłym i dobrze prowadzonym głosem oraz grą aktorską. Przekonał swoją kreacją, że można w nim zobaczyć bezwzględnego i okrutnego księcia, ale także wyśmienitego kochanka o niespożytej energii. Przedstawienie Rigoletta, które nieustannie jest w Lipsku wznawiane, prowadziła Anna Skryleva, Rosjanka od ponad 15 lat pracująca i mieszkająca w Niemczech. Oprawa sceniczna i kostiumy także należały do Rosjan – Tatjany Ivschiny.
Przedstawienie jest mroczne, jak z horroru, a wręcz okrutne, bezwzględne w traktowaniu wszystkich. Dopiero pewne złagodzenie przynosi ostatni akt dziejący się w okolicy płatnego przybytku miłości, którym zawiaduje bandyta Sparafucile – Randall Jakobsh wraz ze swą siostrą Magdaleną (Karin Lovelius).

Sparafucile – bas jest wizualnie świetny, dysponuje też mocnym niskim dźwiękiem, który jest jego wizytówką, ale gdy mają razem z siostrą śpiewać w duecie nie mogą się jakoś zgodzić co do wysokości i rytmu swoich partii. W sukurs przyszła im dyrygentka wzmacniając forte i trochę przykrywając te problemy. Na szczęście słynny kwartet – Gilda, Rigoletto, Magdalena i Sparafucile – nie okazał się wpadką, ale i tak piękne tony Piotra Buszewskiego w La donna e mobile stanowiły największą ozdobę.
Widać, że Opera Lipska prezentuje znakomity europejski poziom muzyczny, zatrudnia na stałe dobrych śpiewaków, a brakujących szuka po całym świecie.

Np. Sofia z Kawalera srebrnej róży pojawia się na scenie także jako Gilda. Polska grupa miłośników opery mogła jej również posłuchać w niedzielne przedpołudnie w Salonie muzycznym Felixa Mendelssohna, gdzie śpiewała pieśni XIX-wiecznego kompozytora włoskiego i klarnecisty Ernesto Cavalliniego. Śpiewaczce towarzyszył też wirtuoz klarnetu z orkiestry Gewanhausu – Andreas Lehnert – rewelacyjny. We trójkę z pianistą Christianem Hornefem wzbogacili program podróży muzycznej Grand Touru. Tak potrafimy kulturalnie spędzać czas w miłym towarzystwie.
Joanna Tumiłowicz