Przynajmniej dla osób, które tracą orientację w czasie, myląc teraźniejszość z przeszłością, żyjąc w płynnej rzeczywistości, czego wyrazem staje się fakt, że postacie znajdujące się w różnych planach czasowych, usytuowanych w kilku miejscach sceny, wchodzą ze sobą w interakcje słowne. Przejawem tego wykolejenia staje się dwukrotne, pod koniec każdej części, uruchomienie obrotowej sceny, unoszącej postacie tkwiące w zapamiętanych sytuacjach i powtarzające wypowiedzi sprzed lat, ze szczęśliwych dla siebie momentów w życiu, które chcieliby utrwalić na zawsze niczym Faust Goethego.

To także metafora kolistej koncepcji czasu, który nie upływa, lecz powraca i ulega odnowieniu. Powstałe w Narodowym Teatrze Starym im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie przedstawienie Schron przeciwczasowy (reż. Marcin Wierzchowski) nie jest poświęcone chorobie Alzheimera, mimo że wspomina się o niej na samym początku. Raczej o kompleksach winy, przed którymi być może postacie uciekają właśnie w chorobę? Choć dzieli tytuł z powieścią Georgi Gospodinowa, to, jak podkreślają jego twórcy (scenariusz: Michael Rubenfeld i Marcin Wierzchowski), pozostaje zaledwie przez nią zainspirowane.

Przede wszystkim przeniesiony został z niej kluczowy pomysł kliniki z pokojami z odtworzoną w nich przeszłością, dzięki czemu chorzy odzyskiwać mogą wspomnienia, a bliscy nawiązywać z nimi utracony kontakt, albowiem wraz z utratą poczucia realnego czasu następuje rozpad rodzinnych więzi. Aurę nostalgii za minionym od czasu do czasu wywołuje przytłumiona, jakby dobiegająca z oddali ilustracja muzyczna (Marta Zalewska), niekiedy wyłącznie dźwiękowa, zredukowana do bliżej nieokreślonych odgłosów. Zgodnie z często występującą dziś praktyką (Konradyna w krakowskich Dziadach Mai Kleczewskiej), ich pomysłodawca przemienił się w kobietę, Gaustynę. Akcja przeniesiona została do polskich realiów, ogniskując się wokół losów dwóch rodzin w okresie dwóch traumatycznych wydarzeń z drugiej połowy ubiegłego stulecia: marca 1968 oraz stanu wojennego. W pierwszym przypadku rzecz dotyczy Janiny Balińskiej i jej dwóch synów: Łukasza i Tomasza.
Kobieta żyje w swym zatrzymanym świecie z czasów stanu wojennego, nosząc w sobie brzemię popełnionej zdrady w celu wydobycia męża z więzienia, a faktycznie przyczyniając się do jego śmierci (przypomina to nieco oś intrygi z Toski Victoriena Sardou i opartej na niej opery Giacomo Pucciniego). W drugim marcowego emigranta Wiesława Serafina, powracającego z Izraela ze swym synem Moshem (w tej roli współscenarzysta Michael Rubenfeld), by dowiedzieć się czegoś o obiekcie miłości przerwanej przez wymuszony wyjazd. W związku z nim pojawia się występujący u Gospodinowa wątek dawnego cienia, czyli śledzącego go agenta, pomagającego odtworzyć mu przeszłość.

Również przywołana Gaustyna żyje w cieniu powikłanej relacji z ojcem, w związku z czym korzysta z pomocy zaprzyjaźnionego aktora, odgrywającego jego rolę w celu przezwyciężenia urazów przeszłości. Ponadto w charakterze wątków pobocznych występują konflikty bohaterów z ich partnerami na tle ich uwikłania w rodzinne dramaty z przeszłości. Niestety, dialogom brakuje kompozycyjnej zręczności, by mogły za ich sprawą powstać na tyle dramatyczne konflikty, które pozwoliłyby wykonawcom zbudować napięcie pomiędzy postaciami.

Mimo pozorów improwizacji i prozaizmów, rażą retoryczną sztucznością, co przenosi się na zachowania aktorskie, chociażby w relacjach Łukasza z jego dziewczyną Klementyną. Lepiej jest w drugiej części, na przykład w starciu pomiędzy braćmi granymi przez Bogdana Brzyckiego i Szymona Czackiego. Na pewno papierową postacią nie jest ich sceniczna matka, ale to przede wszystkim zasługa Anny Dymnej, potrafiącej tchnąć życie w jej wizerunek i obronić przed zbyt surowym osądem ze strony widza. Swoisty ekwiwalent występującego u Gospodinowa motywu zbiorowej ucieczki od przyszłości ku znanej, a co za tym stwarzającej poczucie bezpieczeństwa przeszłości, w omawianym przedstawieniu stanowi przywołanie w formie projekcji postaci Lecha Wałęsy i Jana Pawła II (Borys Dubiański). Wizja ucieczki przed swoim czasem i schronienia się przed nim w pokojach zatrzymanej przeszłości okazuje się jedynie kolejną utopią, a w życiu poza powieścią i teatrem, odartym ze złudzeń niczym odsłonięte kulisy sceny, przychodzi zmierzyć się z nieznanym.
Lesław Czapliński