Już po raz czwarty w Lublinie walczyli konkursowo najlepsi młodzi śpiewacy. Poziom artystyczny tego turnieju odbywającego się co dwa lata, wciąż się wzmaga. Słuchając 16 wokalistów występujących w drugim etapie od razu można było zauważyć, że już zdecydowanie przekroczyli oni próg szkolnych produkcji i mogą śpiewać w zawodowych teatrach operowych.

Wielu z nich to czynni śpiewacy, choć niekoniecznie obsadzani w partiach tytułowych. Oceniało ich profesjonalne jury pod przewodnictwem Ewy Vesin, Dyrektor Artystycznej Konkursu, sopranistki o międzynarodowej pozycji, a do tego lublinianki, jak patronka International Antonina Campi Vocal Competition. Towarzyszyli jej renomowani śpiewacy i pedagodzy: Izabela Kłosińska – sopran, Dyrektor ds. castingu Teatru Wielkiego Opery Narodowej oraz wybitny baryton gwiazda MET Mariusz Kwiecień. W skład jury wchodzili także muzyczni menedżerowie i agenci operowi z zagranicy: Federico Tondelli (Prima Fila Artists Monachium), Francesco Greco (Dyrektor Międzynarodowego Studia Operowego przy Operze Państwowej w Hanowerze), Michael Gruber (Opera4u Artist Management z Wiednia).
To zacne grono dopełniał Łukasz Borowicz (Dyrygent – szef Orkiestry Filharmonii Poznańskiej i dyrektor muzyczny Filharmonii Poznańskiej) oraz Marcin Rolak (Sekretarz Jury). Ich decyzje nie powinny budzić kontrowersji, gdyż ocena każdego śpiewaka wynikała z sumy punktacji od 1 do 10 każdego z jurorów. Tym niemniej wydaje się, że ostateczne decyzje, jakkolwiek niepodważalne, mogą budzić komentarze. Fakt ten może wynikać z różnic w kryteriach oceny.

Śpiewacy starali się w głosach uczestników dostrzec niepodważalne cechy talentu muzycznego, mistrzostwo w opanowaniu techniki wokalnej, umiejętność tworzenia pięknej narracji muzycznej i scenicznej. Menedżerowie szukali odpowiednich postaci do wypełnienia repertuaru swoich teatrów, osób, które będzie można wykorzystać w inscenizacjach bieżących lub nadchodzących, które się będą podobać czasem nawet niewybrednej publiczności.

A do tego dochodzi „gust” oceniającego, co jest ważnym elementem oceny w każdej dziedzinie artystycznej. Gdy już ustalono listę ośmiorga finalistów, to właściwie każdy juror miał pewne zastrzeżenia co do werdyktu, bo kilkoro z „jego typów”, a więc jego zdaniem zdecydowanie najlepszych wykonawców, odpadło z dalszej konkurencji, a na ich miejsca weszły osoby, którym tytułu laureata-finalisty wcale by nie przyznały. Zacznijmy więc od młodych artystów występujących w drugim etapie konkursu, gdzie z towarzyszeniem fortepianu każdy śpiewał jedna arię operową i jedną pieśń. Przesłuchania rozpoczął baryton Adrian Janus, który dysponuje dobrym, mocnym i prawidłowo prowadzonym barytonem.
Wcześniej zwyciężył już w III Konkursie im. B. Paprockiego. Zaśpiewał pieśń St. Niewiadomskiego oraz arię z opery Poliuto Donizettiego, w której było trochę zasadzek typowego bel canta, wymagających dobrej techniki i sprawnej koloratury, by nie było widać wysiłku i zamazywania. Ogólne wrażenie było jednak dobre, ale już następny kandydat Liam James Karai z Wielkiej Brytanii zaprezentował bogatszy w barwie bas-baryton i bardzo dobrze przygotowaną interpretację sceniczną arii Toreadora z opery Carmen, oraz pieśń R. Schumanna Dwaj grenadierzy, która przecież sama w sobie jest scenką aktorską rozgrywającą się po klęsce Napoleona w Rosji. I dlatego nikt nie mógł mieć pretensji, że właśnie ten drugi, a nie pierwszy kandydat przeszedł do finału.

Teraz przyszedł czas na dobrze przygotowaną sopranistkę z Polski Joannę Kędzior. Jej występ zawierał poważną pieśń Brahmsa i pełną życia, humoru i kokieterii arię ze współczesnej opery Francisa Poulenca, gdzie śpiewaczka wykorzystała melodię w rytmie walca, by jednocześnie tańczyć i pokazywać rozmaite gesty tłumaczące postępowanie swobodnie zachowującej się kobiety. W kwestii wokalnej jej śpiew był bez zarzutu. Tej kandydatki, która część jurorów wprowadziła w dobry humor, jednak nie usłyszeliśmy w finale, a ja tak bardzo chciałam jej jeszcze posłuchać. Nie dotarła tam również artystka z Ukrainy, która teraz kształci się w Niemczech, Vlada Koieva. Wykonała bardzo poprawnie znaną pieśń R. Straussa Caecilie i arię z mało znanej opery Charpentiera Louise. Także Anna Koźlakiewicz śpiewająca z wdziękiem nieznaną pieśń w języku słowackim oraz arię Noriny z Don Pasquale Donizettiego nie przekonała do siebie jurorów. Dopiero Aleksandra Łaska, obdarzona ciepłym głosem lirico-spinto, mająca już za sobą niejeden występ na zawodowych scenach operowych, przekonała jurorów do interpretacji popularnej ale i trudnej arii z opery Tosca była poruszająca, choć może nie idealna w atakowaniu wysokich dźwięków, które może powinny być zawieszone na piano. Bezpośrednio przed nią wystąpił tenor Krzysztof Lachman student w łódzkiej Akademii Muzycznej. Zaśpiewał pieśń Duparca i utwór o hiszpańskim charakterze dosyć nieśmiało, ale poprawnie wspiął się na górne dźwięki. Fakt, iż dysponuje głosem tenorowym okazał się przepustką do finału, choć nie był moim pupilem. Kolejna dwójka kandydatów nie uzyskała promocji do III etapu, choć sopran z Ukrainy Viktoria Melnyk był dobrze wyszkolony i świetnie zaprezentował ukraińską pieśń opartą na motywach ludowych, a także arię z opery Pucciniego Jaskółka. Także baryton Davide Piva z Włoch, choć wystąpił z dobrze dobranym repertuarem w języku włoskim, to jednak zabrakło mu precyzji w koloraturach, a w arii Rossiniego z Kopciuszka przesadnie forsował głos i uzyskał charakterystyczne brzmienia.
Z kolei baryton z Polski Szymon Raczkowski, nie tworzył żadnych postaci charakterystycznych, był statyczny i pewny. Pokazał ładny w tembrze głos, choć w górnych rejestrach było zbyt mało blasku. Wszystko śpiewał po niemiecku, w tym mroczną i tajemniczą pieśń Schuberta Sobowtór. Niezależnie od moich uwag trafił do finału. Osiągnęła też najwyższą ocenę sopranistka z Korei Płd. Heejae Roh.
Dysponuje ładnym, czystym głosem, który bez wysiłku wykonuje koloratury, co w operach Belliniego jest obowiązkowe. Bardzo dobrze zaprezentowała się kandydatka z Ukrainy Viktoria Shamanska. Zaśpiewała ludową pieśń ukraińską, a potem bardzo muzykalnie i wzruszająco arię Liu z Turandot Pucciniego. Ta śpiewaczka nadal studiuje i do tego w Polsce. Jest bardzo młoda (21 lat).

Ale już absolwentce Akademii w Poznaniu Magdalenie Stefaniak, o dziwo, nie pomogło to, że na swej rodzimej scenie wystąpiła jako Hanna w Strasznym dworze i jeszcze kilku innych operach. Jej jasny umiejętnie prowadzony głos ominął wszelkie wokalne trudności w Moniuszkowskiej arii Hanny. Zainteresowała natomiast sędziów konkursowych jedyna w tym roku w II etapie mezzosopranistka Anna Thun. Skończyła studia siedem lat temu i już współpracowała z operą w Czechach. Ma duży, bogaty w barwie głos, choć wysokie tony są pozbawione tego wokalnego bogactwa, co było widać w arii z opery Adriana Lecouvreur Cilei. Nie miała szczęścia absolwentka Akademii Muzycznej w Katowicach Justyna Bujak, bo w arii Neddy z Pajaców Leoncavalla skończyła pod pozycją, a takie ewidentne niedoskonałości działają na jury negatywnie.
Stawkę zakończył tenor z Rosji występujący w Berlinie Andrei Danilov, bardzo sprawny wokalnie o dużym i bogatym głosie. W wykonaniu pieśni o karle Kleinzachu z opery Opowieści Hoffmanna przesadził z interpretacją (na występach z towarzyszeniem fortepianu nie stosuje się takich karkołomnych fizycznych zabiegów). Dodał nawet jeden dźwięk wyższy niż przewidział w finale kompozytor. Takiego wykonawcy jury nie mogło jednak odrzucić. Kiedy spojrzymy na listę laureatów konkursu, którzy zostali wyłonieni po przesłuchaniach finałowych z Orkiestrą Akademii Beethovenowskiej pod dyrekcją Łukasza Borowicza pytania nasuwają się same. Czy zwyciężyli obiektywnie najlepsi? Chyba nie. Nie wspominając już nawet o utrąconych kandydatach z II Etapu, np. Joannie Kędzior czy Magdalenie Stefaniak, finał nie dla wszystkich był powodem do dumy.

Być może niektórzy kandydaci wzięli na siebie zbyt karkołomne zadania – np. tenor Krzysztof Lachman zaśpiewał nadzwyczajnie trudną arię z Córki pułku Donizettiego, gdzie pojawia się 8 lub 9 razy wysokie „c". No, było „c", ale z chrypką i wysiłkiem. Nie otrzymali żadnych wyróżnień tenor Danilov i sopranistka z Korei. Większość nagród przypadła, bez kontrowersji najlepiej śpiewającej arie z Madama Butterfly Pucciniego oraz Violetty z Traviaty Verdiego, Aleksandrze Łasce. Otrzymała ona też nagrodę dodatkową za najlepsze wykonanie arii Pucciniego (na 100- lecie śmierci kompozytora), oraz nagrodę pewnej skromnej miłośniczki opery Cläri Venzke. Podobną nagrodę tej samej miłośniczki uzyskał też śpiewający w finale Czajkowskiego i Donizettiego Szymon Raczkowski. Nie powinno być też sprzeciwów wobec drugiej nagrody dla Liama Jamesa Karai, m.in. za świetną interpretację arii o plotce z Cyrulika Sewilskiego Rossiniego. Słabo wypadła w arii z Don Giovanniego Mozarta i Butterfly Pucciniego Viktoria Szamanska, która podobno z powodu niedyspozycji chciała się wycofać, ale ją przekonano, by jednak śpiewała i zdobyła trzecią nagrodę, co trzeba uznać za rodzaj wsparcia i zachęty do dalszej pracy. Nie takie są przecież cele turniejów wokalnych. Pewnym wytłumaczeniem tej decyzji niech będzie fakt, że jednak kariery śpiewaków nie zawsze przebiegają równolegle ze zdobytymi nagrodami. Często pomagają, ale bywa też, że wcale nie procentują w przyszłej pracy na scenie. Warto dodać, że każdy z wykonawców, czy został nagrodzony, czy nie, miał ogromne wsparcie w orkiestrze, którą z wyczuciem i uwagą prowadził Łukasz Borowicz. To on sprawił, że trwający 2 godziny koncert III Etapu konkursu nie dłużył się, a śpiewacy pod opieką tego dyrygenta mogli się czuć pewnie na niezbyt wygodnej akustycznie estradzie Centrum Spotkania Kultur w Lublinie.
Joanna Tumiłowicz