Inscenizacja Verdiowskiej Mocy przeznaczenia transmitowanej bezpośrednio z MET na ekrany w Polsce musiała wzbudzić duże zainteresowanie, bo np. w sali Teatru Studio w Warszawie na życzenie publiczności postanowiono powtórzyć tę transmisję jeszcze raz pod koniec marca. Warto było z dwóch powodów. Pierwszy, bo opera ta rzadko jest u nas wystawiana, a jest znakomitością repertuarową.

Drugi, bo realizacji scenicznej w Nowym Jorku podjął się nasz reżyser Mariusz Treliński pracujący zawsze w tandemie ze scenografem Borisem Kudličką. Przedstawienie powstało też przy współpracy kilku innych Polaków: autora projekcji wideo Bartka Maciasa oraz choreografa Maćko Prusaka. Tylko kostiumy zaprojektował nie-Polak Moritz Junge. Specjalnością transmisji z MET są wywiady z realizatorami i solistami. Tym razem uraczono nas także obszernymi wypowiedziami reżysera i scenografa, którzy tłumaczyli przebieg realizacji opery, w filmowo potraktowanej transmisji – brawa dla kamerzystów.
Wydaje się, że nasi realizatorzy obronili koncepcję przeniesienia z najdrobniejszymi szczegółami akcji 4-aktowego dramatu do współczesności włączając w to nawet okrutną wojnę i zniszczenia, których w domyśle doznaje Ukraina. Przynajmniej tak ową drugą część spektaklu objaśniał Mariusz Treliński. Boris Kudlička dodawał do tego swoje koncepcje wizualne, często bardzo drobiazgowo przedstawiające realia, czy to mieszkania Leonory (tu pojawił się elegancki hotel), czy też karczmy – tawerny (tu równie elegancka restauracja), czy wreszcie ucieczki Leonory, która wychodzi poturbowana z wypadku samochodowego. Bardzo ciekawa i pouczająca jest wypowiedź kierownika chóru MET Donalda Palubo, ilustrowana przykładami muzycznymi z prób zespołu.

Wymienia on listę zadań, które musiał wykonać chór, bo to nie tylko śpiewanie, ruch na scenie i konkretne poczynania aktorskie, ale także dostosowanie brzmienia i barwy głosów do wciąż zmieniających się scen niosących muzyczny i emocjonalny wyraz. Inaczej trzeba śpiewać, gdy chodzi o dźwiękonaśladowcze imitowanie wojskowych werbli, inaczej natomiast, gdy trzeba stworzyć nastrój przestrzeni niebiańskich i śpiewu anielskich zastępów.

Wyposażeni w taką wiedzę o budowie spektaklu operowego mogliśmy już bez historycznych obciążeń przyznać, że wszystko co się dzieje na scenie wygląda prawdopodobnie, choć to nie koniec XVIII wieku w Hiszpanii. Może niektóre sceny lekko nie pasują do libretta, bo np. religijny zwrot Leonory dokonuje się nomen omen w restauracyjnej łazience, do której wchodzą bez różnicy panie i panowie, a modlitwa przebiega na tle rzędu umywalek. Dosyć pretensjonalnie wypada scena z udziałem cyganki Preziosilli, która tutaj wykonuje rolę rewiowej piosenkarki, a w tle wyginają się panie z sekcji tańczącej przebrane za króliczki Playboya.
Rozumiemy jednak, że było to w guście amerykańskiej publiczności, którą dobrze wyczuwa Mariusz Treliński. Scena ta jakby powtarza się w typie spektaklu dla żołnierzy na froncie, a więc króliczki są ciemne a nie białe. Dobrą rękę reżysera widać natomiast w jednej z początkowych scen w pokoju Leonory, która przebiega z prawa na lewo i odwrotnie, czym nie tylko wprowadza ruch w statycznej sytuacji, ale sugeruje stan podenerwowania. Warto pochwalić wysoki poziom wokalny przedstawienia.
Wszyscy główni wykonawcy dali świadectwo doskonale prowadzonych, typowo verdiowskich głosów, może poza ową Preziosillą, mezzosopranem Judit Kutasi, śpiewającą zbyt ostro i wysiłkowo. Trudną, bo podwójną rolę Markiza Calatrava (tutaj generała) oraz Gwardiana zakonu wziął na siebie bas Soloman Howard. Kompozytor kazał mu dosyć często sięgać na najniższe tony i to nie wyglądało zbyt imponująco. Baryton Patrick Carfizzi, jako zakonnik Melitone miał dobry epizod, ale prawdziwym gwiazdorem był sceniczny brat Leonory, także baryton Igor Golovatenko.

Także para zakochanych w sobie, ale miłością platoniczną, głównych bohaterów Mocy przeznaczenia, należała do zjawiskowych muzycznie, wokalnie i aktorsko. Pochodząca z Norwegii Lise Davidsen, solidnie zbudowana niewiasta, pokazała wszystkie zalety głosu spinto. Jej Alvaro – Amerykanin Brian Jagde – potrafił tak sterować swoim tenorem, by z tonów dramatycznych i bohaterskich przechodzić gładko do bardziej lirycznych. Polska publiczność mogła być zatem dumna z zamorskiego, kolejnego już sukcesu polskich realizatorów, którym zapewniono tak zachwycającą obsadę wykonawców, kierowanych batutą świetnego Yannicka Nézet-Séguin.
Joanna Tumiłowicz