A na początek „może nieco Schuberta?”, mówiąc słowami mojego znajomego, który w ten sposob proponuje swoim gościom tło muzyczne do towarzyskiej konwersacji. Filharmonia Luksemburska tydzień temu zakończyła swój występ trzecim antraktem z muzyki do Rozamundy Franza Schuberta. Filharmonia Krakowska zaś rozpoczęła swój sobotni koncert jego Niedokończoną.
Było to w pełni akademickie wykonanie, ściśle trzymające się tekstu muzycznego. Na wyróżnienie zasłużyło przytłumione wejście pierwszych skrzypiec w Allegro moderato, na tle których pojawia się główny temat eksponowany przez klarnet i obój. Podobnie było w Andante con moto z subtelnym zarysowaniem swoistej instrumentalnej osnowy dla dłuższego ustępów solowego oboju w wykonaniu Kamila Kuca, oraz krótszych klarnetu i fletu.
Co prawda według anegdoty Johannes Brahms uważał VIII Symfonię h-moll D. 759 za jak najbardziej skończoną, ale może warto kiedyś sięgnąć po którąś z jej całościowych rekonstrukcji? Leticia Moreno, hiszpańska skrzypaczka średniego, pokolenia partię solową w Koncercie skrzypcowym „Pamięci Anioła” Albana Berga zagrała zbyt nikłym dźwiękiem, by wytworzyć odpowiednią temperaturę emocjonalną tego instrumentalnego requiem dla Manon Gropius, córki Almy Mahler i twórcy idei Bauhausu.

Mimo spekulatywnego charakteru przypisywanego dodekafonii, Alban Berg określany bywa mianem „Pucciniego dodekafonii”, właśnie ze względu na uprzywilejowanie pierwiastka lirycznego, w tym utworze wzmocnionego pozostawaniem na pograniczu atonalności, systemu dur-moll i diatoniki.
Partytura ta, aby wywrzeć odpowiednie wrażenie, wymaga od solisty szczególnie żarliwej gry, między innymi poprzez stosowanie wibrata. We wstępnym preludium w tempie Andante artystka odwoływała się do tego środka ekspresji, w dalszym jednak ciągu zabrakło wyraźniejszego zaznaczenia się brzmienia skrzypiec na tle orkiestry. Większym dramatyzmem odznaczały się kulminacje tutti w Allegro przez kompozytora określonym jako Cadenza. Muzyka o motorycznym zacięciu i niekiedy agresywnym brzmieniu zdaje się szczególnie odpowiadać temperamentowi i wrażliwości Alaksandra Chumały.
A więc najlepiej odnalazł się tego wieczora w III Symfonii „Liturgicznej” Arthura Honeggera. Żywioł ruchu w spektakularny sposób dochodził już do głosu w jego wcześniejszych miniaturach symfonicznych, tak właśnie określanych gatunkowo (mouvement) i będących dźwiękowymi wyobrażeniami pędu lokomotywy czy gwałtowności przebiegu meczu rugby. Wspomniana symfonia to kolejne instrumentalne requiem, tym razem odnoszące się do dopiero co zakończonej drugiej wojny światowej.

Każda z trzech części, oprócz oznaczenia tempa, zawiera odpowiedni incipit z łacińskiej mszy żałobnej: Dies iræ, De profundis clamavi oraz Dona nobis pacem. Gra orkiestry pod czujną batutą dyrygenta odznaczała się konieczną precyzją rytmiczną i dźwiękową szorstkością.

Ale szczególnie zapadł w pamięci budzący niekłamane wzruszenie tren, następujący po burzliwym Andante con moto, z krótkimi ustępami solowymi fletu (Maria Gromnicka, pikuliny (Aleksander Olszewski), wiolonczeli (Franciszek Pall i skrzypiec (Paweł Wajrak), a zamykający dzieło. Przed laty Liturgiczną wprowadził na krakowską estradę Henryk Czyż, a nawet wraz z jej filharmonikami zawiózł ją do Moskwy. O sukcesie koncertu w znacznej mierze decyduje udane zaprogramowanie jego repertuaru. Z Trzecią Honeggera świetnie komponowałaby się również wojenna Sinfonia da requiem Benjamina Brittena, a sztandar dodekafonii mógłby dumnie ponieść Arnold Schönberg swoim aforystycznym rapsodem Ocalały z Warszawy, również nawiązującym do czasów pogardy.
Lesław Czapliński