Przegląd nowości

Grzechy starości i młodzieńcza chłonność

Opublikowano: środa, 13, marzec 2024 10:14

Gioacchino Rossini, przeszedłszy na artystyczną emeryturę po zaprzestaniu twórczości operowej Wilhelmem Tellem, ograniczył się do pełnych humoru miniatur (np. Koci duet) oraz dwóch kompozycji sakralnych: Stabat Mater i Petite messe solenelle, składających się na cykl określany przez samego autora mianem „grzechów starości”. Wbrew tytułowi nie jest to missa brevis, zwłaszcza w odmianie luterańskiej, ograniczonej do dwóch ogniw z katolickiego ordinarium missaæ: Kyrie i Glorii. W przypadku wspomnianego dzieła zawiera ono wszystkie części rzymskiej liturgii, uzupełnionej o eucharystyczny hymn Tomasza z Akwinu O salutaris (O zbawcza ofiaro).

 

Rossini

 

Nietypowy jest skład wykonawczy: chór, dwa fortepiany i fisharmonia, w Krakowie zastąpiona przez organy. Posiadało to swoją symbolikę, o czym pisał sam Rossini: „Dwunastu śpiewaków trzech płci: kobiety, mężczyźni i kastraci, wystarczą do jej wykonania. Ośmioro w partiach solowych, czworo solowych, w sumie dwunastu cherubinów. Bóg mi wybaczy takie postępowanie. Dwunastu jest także Apostołów na fresku Leonarda Ostatnia wieczerza. Wśród Twoich uczniów byli tacy, co fałszowali. Panie, zapewniam Cię, że na mojej Wieczerzy nie będzie Judasza, a moi podopieczni będą śpiewać czysto i z oddaniem ku Twojej chwale w mojej skromnej kompozycji, będącej, niestety, moim ostatnim „grzechem starości”. Kompozytor liczył na dyspensę i możliwość wykonania w kościele, ale, mimo nazwiska i związanej z nim reputacji, ze względu na udział kobiet nie otrzymał takiej zgody.

 


Na zasadzie paradoksu, na wczorajszym koncercie Filharmonii Krakowskiej z cyklu Musica ars amanda, dzieło twórcy w podeszłym wieku zagrano dla młodej publiczności, którą postawiono przed nie lada wyzwaniem utrzymania skupienia przez prawie półtorej godziny bynajmniej niełatwej muzyki i to bez przerwy. Wbrew pozorom nie jest to opera w liturgicznym przebraniu jak wspomniane Stabat mater czy Requiem Giuseppe Verdiego. W Cum Sancto Spiritu, zakończeniu Glorii i Et vitam venturi pod koniec Credo pojawiają się imponujące fugi, a fortepianowy akompaniament siłą rzeczy jest ascetyczny i pozbawiony orkiestrowego przepychu i kolorytu.

 

Ostatnia wieczerza

 

Aliści, to właśnie pianiści Monika Płachta i Ireneusz Boczek stanowili najmocniejszą stronę wczorajszego wykonania, skupiając na sobie znaczną część uwagi. Do pierwszej należało też instrumentalne ritornello przypadające na Ofiarowanie. Chór wywarł na mnie największe wrażenie w ustępach a cappella (Christe eleison i Sanctus). W pełni znamiona belcantowe posiada tenorowa aria Domine Deus w Glorii, w znacznej mierze utrzymana w wysokiej tessyturze, której podołał Zbigniew Malak, choć barwa głosu pozostawiała nieco do życzenia. Za to Magdalena Cornelius-Kulig w pełni sprostała swej partii w Agnus Dei, stanowiącym do pewnego stopnia scenę dramatyczną o znacznej sile wyrazu. Całość poprowadził Wojciech Rodek, choć żałować należy, że zadania tego nie powierzono Piotrowi Piwce, który, jako chórmistrz, pozostaje zazwyczaj w cieniu. Potraktowani poważnie młodzi słuchacze nie zawiedli oczekiwań i wykazali się koncentracją mogącą śmiało konkurować z dorosłą widownią. I to pomimo płatającego niespodzianki oświetlenia: gasnącego na rzecz awaryjnego zasilania, włączania się pełnego i zwyczajowo przyciemnionego, co podobno wywołane zostało ogólnomiejską awarią. Profesjonalni muzycy i wyrobiona, acz młoda publiczność, potrafią wszakże w takiej sytuacji zachować opanowanie.

                                                                           Lesław Czapliński