Już same nazwiska kompozytorów stawiają program koncertu na najwyższym szczeblu sztuki muzycznej. Wagner, Beethoven, Bach, i na dokładkę Hindemith – najwybitniejsi z niemieckich twórców. Czym byłaby historia muzyki bez tych wizjonerów, którzy wyprzedzali swój czas? Jaki uszczerbek poniosłaby światowa kultura, gdybyśmy te nazwiska pominęli?
Można powiedzieć, że wkład niemieckich artystów do skarbnicy ogólnoludzkiej jest nie do przecenienia. Niemcy, którzy wywołali dwie okrutne wojny i zaakceptowali w swej większości zbrodnie ludobójstwa, dzięki Bachowi, Beethovenowi i innym wybitnym twórcom mogą nadal przynależeć do rasy ludzkiej. Orkiestra Filharmonii Narodowej pod dyrekcją Andrzeja Boreyko z pewnością uwiarygodniła taki pogląd.

Ośmiominutowe Preludium do I aktu opery Lohengrin bez zbędnych komentarzy wprowadziło nas w świat legend, poszukiwań Świętego Graala i oczywiście pełnej mroków niemieckiej poezji, jednak przepełnionej niewyobrażalną słodyczą smyczków, ale i grzmotu kotłów wspartego chorałowymi akordami sekcji dętej. Orkiestra pokazała dobitnie co znaczy grać piano i jak sukcesywnie stopniować dynamikę dźwięku, by potem mistrzowsko wyciszyć patos i skończyć tak jak było na początku.
Skrzypek Benjamin Schmid z niemieckojęzycznej strefy kulturowej zabłysnął wirtuozerią w Koncercie Beethovena ukraszając klasyczny układ dzieła aż trzema długimi kadencjami w każdej części kompozycji. Jego ruchy może wzorowane na zrobotyzowanych bohaterach filmów SF nieco dziwiły, za to instrument Stradivariego był z pewnością stworzony przez genialnego rzemieślnika. Po przerwie orkiestra i dyrygent przypomnieli Jana Sebastiana Bacha w opracowaniu jego Chorału Wachet auf, ruft uns die Stimme dokonanym przez Granville Bantocka.

Zaskoczył on ambicją dopisywania do tej polifonicznej struktury dodatkowych głosów, pewnie po to, by muzycy orkiestry mieli co grać i ów chorał miał być w zamierzeniu dyrygenta zaledwie wstępem do współczesnej, choć jeszcze przedwojennej Symfonii Paula Hindemitha Mathis der Maler. Trzyczęściowe dzieło o charakterze programowym formalnie zainspirowane obrazami z ołtarza w Isenheim, namalowanymi przez średniowiecznego mistrza Matthiasa Grünewalda, w swojej głębi mogło jednak zawierać wątki autobiograficzne samego kompozytora. Hindemith nie podołał psychicznie hitlerowskiej propagandzie i stosowanej przemocy, i mimo różnych zabiegów w środowisku muzycznym wybrał emigrację. Nie dał się też skusić zaproszeniom z Niemiec po wojnie. Wybrał Szwajcarię. Do ojczyzny wrócił tylko po to, by umrzeć w szpitalu we Frankfurcie/M. Tak też moglibyśmy tłumaczyć tytuły poszczególnych części Symfonii: Koncert aniołów, Złożenie do grobu, Kuszenie św. Antoniego. Utwór kończy się zupełnie tonalnym i harmonicznie czystym hymnem Lauda Sion Salvatorem oraz Alleluja, intonowanym przez instrumenty dęte blaszane, jakiego nie powstydził by się Bach. Podniosłe zakończenie Symfonii ukazało pełnię sprawności zespołu i dyrygenta.
Joanna Tumiłowicz