Przegląd nowości

Niemieckie perły

Opublikowano: poniedziałek, 11, marzec 2024 21:10

Już same nazwiska kompozytorów stawiają program koncertu na najwyższym szczeblu sztuki muzycznej. Wagner, Beethoven, Bach, i na dokładkę Hindemith – najwybitniejsi z niemieckich twórców. Czym byłaby historia muzyki bez tych wizjonerów, którzy wyprzedzali swój czas? Jaki uszczerbek poniosłaby światowa kultura, gdybyśmy te nazwiska pominęli?

 

Isenheim 1

 

Można powiedzieć, że wkład niemieckich artystów do skarbnicy ogólnoludzkiej jest nie do przecenienia. Niemcy, którzy wywołali dwie okrutne wojny i zaakceptowali w swej większości zbrodnie ludobójstwa, dzięki Bachowi, Beethovenowi i innym wybitnym twórcom mogą nadal przynależeć do rasy ludzkiej. Orkiestra Filharmonii Narodowej pod dyrekcją Andrzeja Boreyko z pewnością uwiarygodniła taki pogląd.

 

Isenheim 2

 

Ośmiominutowe Preludium do I aktu opery Lohengrin bez zbędnych komentarzy wprowadziło nas w świat legend, poszukiwań Świętego Graala i oczywiście pełnej mroków niemieckiej poezji, jednak przepełnionej niewyobrażalną słodyczą smyczków, ale i grzmotu kotłów wspartego chorałowymi akordami sekcji dętej. Orkiestra pokazała dobitnie co znaczy grać piano i jak sukcesywnie stopniować dynamikę dźwięku, by potem mistrzowsko wyciszyć patos i skończyć tak jak było na początku.


Skrzypek Benjamin Schmid z niemieckojęzycznej strefy kulturowej zabłysnął wirtuozerią w Koncercie Beethovena ukraszając klasyczny układ dzieła aż trzema długimi kadencjami w każdej części kompozycji. Jego ruchy może wzorowane na zrobotyzowanych bohaterach filmów SF nieco dziwiły, za to instrument Stradivariego był z pewnością stworzony przez genialnego rzemieślnika. Po przerwie orkiestra i dyrygent przypomnieli Jana Sebastiana Bacha w opracowaniu jego Chorału Wachet auf, ruft uns die Stimme dokonanym przez Granville Bantocka. 

 

Isenheim 3

 

Zaskoczył on ambicją dopisywania do tej polifonicznej struktury dodatkowych głosów, pewnie po to, by muzycy orkiestry mieli co grać i ów chorał miał być w zamierzeniu dyrygenta zaledwie wstępem do współczesnej, choć jeszcze przedwojennej Symfonii Paula Hindemitha Mathis der Maler. Trzyczęściowe dzieło o charakterze programowym formalnie zainspirowane obrazami z ołtarza w Isenheim, namalowanymi przez średniowiecznego mistrza Matthiasa Grünewalda, w swojej głębi mogło jednak zawierać wątki autobiograficzne samego kompozytora. Hindemith nie podołał psychicznie hitlerowskiej propagandzie i stosowanej przemocy, i mimo różnych zabiegów w środowisku muzycznym wybrał emigrację. Nie dał się też skusić zaproszeniom z Niemiec po wojnie. Wybrał Szwajcarię. Do ojczyzny wrócił tylko po to, by umrzeć w szpitalu we Frankfurcie/M. Tak też moglibyśmy tłumaczyć tytuły poszczególnych części Symfonii: Koncert aniołów, Złożenie do grobu, Kuszenie św. Antoniego. Utwór kończy się zupełnie tonalnym i harmonicznie czystym hymnem Lauda Sion Salvatorem oraz Alleluja, intonowanym przez instrumenty dęte blaszane, jakiego nie powstydził by się Bach. Podniosłe zakończenie Symfonii ukazało pełnię sprawności zespołu i dyrygenta.

                                                                      Joanna Tumiłowicz