Inscenizacja dwuaktowej Halki Stanisława Moniuszki w Polskiej Operze Królewskiej najwyraźniej zawiera coraz popularniejsze w teatrach lokowanie produktu. Niedawno na premierze Traviaty w Teatrze Wielkim w Łodzi reklamowano czekoladki znanej firmy. Teraz w Teatrze Stanisławowskim w Łazienkach pojawił się folder wycieczki na Seszele wraz z biletami lotniczymi z daleka wyglądającymi na kwity naszego narodowego przewoźnika.

Zresztą los tego turystycznego zaproszenia był dosyć pokrętny. Najpierw wycieczkę na wysepkę na Oceanie Indyjskim, oczywiście bardzo drogą, otrzymuje w prezencie od przyszłego teścia wiarołomny Janusz. Podczas spotkania z Halką Janusz nieopacznie przekazuje jej bilety, jako dowód, że jeszcze kocha. Potem Halka udowadnia Jontkowi, że Janusz jest OK, bo właśnie jej dał kwity dla dwóch osób na wyjazd na Seszele. W końcu Halka będąca w psychicznym dołku gubi bilety i znajdują je ochroniarze zatrudnieni przez teścia. W sumie nie dowiadujemy się, czy ktoś skorzystał z tej okazji, a byłaby szkoda, gdyby bilety miały się zmarnować.
To nie jedyny pomysł reżysera przedstawienia Wojciech Adamczyka, który ma przyciągać uwagę widzów, niezależnie od libretta opery autorstwa Włodzimierza Wolskiego. Wiarołomny Janusz śpiewając całkiem przyzwoitym barytonem (Łukasz Klimczak) arioso Skąd tu przybyła? stara się uspokoić nerwy wciągając nosem jakiś biały proszek. A w finale wspomniani już ochroniarze, zresztą nie potrafiący śpiewać, mają niewyartykułowane pretensje do dyrygenta, Karola Szwecha, swoją drogą bardzo uważnie kierującego chórem, orkiestrą i solistami.

Dobrze, że była to tylko dwuaktowa, tzw. wileńska wersja najważniejszej polskiej opery. Strach pomyśleć na jakie chwyty zdobyłby się reżyser, gdyby przyszło mu inscenizować wersję czteroaktową. Wydaje się, że Mariusz Treliński musiałby wtedy uznać się za pokonanego w kategorii uwspółcześnionej kreatywności.

U niego Jontek był kelnerem w restauracji Hotelu Kasprowy, u Adamczyka jest hippisem jeżdżącym na podrasowanym motocyklu Junak. Łukasz Hajduczenia, mający dobrze nagłośniony wysoki baryton, od strony aktorskiej był jednak chyba zbyt łagodny i nie przywalił nikomu solidnym kluczem od motoru, tylko za własną kasę kupił na straganie kocyk, aby okryć nim biedną, sponiewieraną Halkę. Polska Opera Królewska ujawniła, że ma solidne zaplecze doskonale przygotowanych młodych wokalistów. Zdobyła się na trzy sopranistki, które kreowały na zmianę rolę tytułową. Na III premierze bardzo dobrą klasę lirico-spinto zaprezentowała Małgorzata Trojanowska.
Świetna aktorsko i wokalnie była Zofia w osobie Aleksandry Łaska, jej antagonistka i konkurentka w walce o rękę Janusza. W wersji wileńskiej Stolnik nie śpiewa swojej polonezowej arii, staje się za to Cześnikiem i tutaj solidnie śpiewającym basem wykazał się Paweł Czekała. Uwagę zwracał natomiast inny dobry bas – Wojtek Gierlach, który dla odmiany w wersji czteroaktowej był zaledwie totumfackim Dziembą, tutaj natomiast awansował na stopień Marszałka.
Opera definitywnie zrywająca z góralszczyzną musiała dokonać również zmiany w obsadzie Młodego Górala, a przecież od tej frazy Po nieszporach, przy niedzieli zaczynał swoją wspaniałą karierę Jan Kiepura. Teraz w obsadzie pojawił się enigmatyczny Mieszkaniec z miasta – Paweł Piękoś, ale światowej kariery mu nie będziemy na razie wróżyć.

Spośród realizatorów przedstawienia należy wymienić jeszcze autorkę scenografii i projekcji wideo Zuzannę Grzegorowską, która posługiwała się zarówno fotografiami jak i namalowanymi obrazami. Można uznać za przesadny i pretensjonalny slajd pokazujący cmentarne krzyże w momencie, gdy Halka śpiewa O mój maleńki, któż do trumienki. Natomiast swoistym wyczynem są kostiumy projektu Marii Balcerek. Elegancja, szyk i blask – to najkrótsza recenzja. Seszele to mało przy sukniach i garniturach gości. A jeśli chodzi o instrumentację i opracowanie partytury wykonane przez Michała Dobrzyńskiego, to przesadne było wprowadzenie do orkiestry aż dwóch trąbek, które w tak niedużym teatrze były zbyt głośne.
Joanna Tumiłowicz