Pełniący od 2020 roku obowiązki dyrektora Opery w Nicei Bertrand Rossi cieszy się zasłużonym uznaniem ze względu na podejmowane z niegasnącym entuzjazmem wysiłki w zakresie reformowania kierowanej przezeń placówki i starań o zainteresowanie jej działalnością młodej publiczności. Służą temu oryginalne inicjatywy artystyczne i niebanalne projekty, a także rozszerzanie oferty programowej poza granice żelaznego repertuaru. W tę odważną i otwartą na różne estetyki politykę wpisuje się prezentowana obecnie w Nicei nowa realizacja opery Guru francuskiego kompozytora Laurenta Petitgirarda (ur. 1950).
Przypomnijmy, iż chodzi tu o muzyka, którego gry na fortepianie uczył ojciec, sam będący uczniem słynnego pianisty Alfreda Cortot. W latach siedemdziesiątych minionego wieku Petitgirard zadebiutował jako dyrygent i od tamtej pory stawał na czele najbardziej prestiżowych formacji symfonicznych na całym świecie. Dał się też poznać jako pełen pasji pedagog. Wszakże uwagę krytyki i słuchaczy przyciąga przede wszystkim jego wielokierunkowa twórczość kompozytorska, w której muzyka filmowa sąsiaduje z utworami kameralnymi, symfonicznymi, koncertami oraz dziełami operowymi. Pierwszą pozycją z tego ostatniego gatunku był Joseph Merrick, dit Elephant Man (2002), a drugą przywołany Guru, dzieło o nieco pechowej historii. Oto bowiem najpierw jego przewidziana na 2010 rok w Nicei prapremiera nie doszła do skutku z powodu nagłej zmiany dyrekcji tutejszej placówki, której kolejni szefowie nie byli tym projektem zupełnie zainteresowani. Wprawdzie w roku 2011 Petitgirardowi udało się dokonać nagrania rzeczonej partytury w Budapeszcie dla firmy Naxos, ale znowu nie zaowocowało ono nigdzie wersją sceniczną. Po wielu perypetiach to Opera na Zamku w Szczecinie wystawiła wreszcie z powodzeniem w 2018 roku Guru, pod dyrekcją kompozytora i w reżyserii Damiana Crudena, dyrektora artystycznego York Theater Royal. Do tej pory była to jedyna realizacja rzeczonej opery, co również tłumaczy duże zainteresowanie, jakie wywołała obecnie zapowiedź jej pierwszej prezentacji we Francji. Libretto napisał - we współpracy z kompozytorem - Xavier Maurel, inspirując się tragicznymi wydarzeniami z listopada 1978 roku, kiedy to w Jonestown, w Gujanie, ponad dziewięćset osób należących do sekty Świątynia Ludu Jima Jonesa popełniło zbiorowe samobójstwo. Opera opowiada o ostatnich dniach członków sekty pozostających pod wpływem opętanego przywódcy, któremu powierzyli nie tylko majątki, ale przede wszystkim swoje życie. U boku Guru pojawiają się: Marta, jego matka, Iris, porzucona przezeń adeptka, z którą ma dziecko, oraz zajmujący się finansami Victor i Carelli, pełniący rolę pseudo-naukowca sekty.
Kompletnie sfanatyzowani przez przywódcę, wszyscy oni skrupulatnie przestrzegają wyznaczonych przez niego zasad i zastępują pożywienie eliksirem mającym im pomóc wyruszyć w wielką „podróż”, a w rzeczywistości odbierającym im życie. Opera rozpoczyna się przybyciem na zajętą przez sektę wyspę nowych adeptów, wśród których znajduje się Maria, kobieta, która jako jedyna stawia opór zbiorowemu szaleństwu, pragnąc ocalić siebie i wszystkie pozostałe osoby.

Grozi Guru, że go zniszczy i przyjmuje od niego wyzwanie: jeśli znajdzie ona choć jednego wyznawcę odmawiającego „podróży”, to przywódca powstrzyma ten zbiorowy obłęd.

Twórcy rzeczonego dzieła deklarują, że mieli na celu pokazanie mechanizmu popadania w stan szaleństwa człowieka-antybohatera, który w pewnym momencie wręcz zapomina o tym, iż sam wymyślił obłędny rytuał i zaczyna wierzyć w swoje wyjątkowe posłannictwo. Nie jest już w stanie skonfrontować się z otaczającym go światem, traci poczucie rzeczywistości i wciąga swoich wyznawców w śmiertelną pułapkę. Opera Petitgirarda nabiera tym samym uniwersalnego wydźwięku, traktując o mentalnym manipulowaniu ludźmi i narażaniu ich na śmiertelne niebezpieczeństwo za pomocą religijnych, politycznych czy intelektualnych „narzędzi” do destrukcyjnego działania na osobowość stopniowo tracących zdolność do krytycznego myślenia jednostek. Petitgirard i Maurel zwracają też uwagę na brak jakiegokolwiek dialogu pomiędzy adeptami sekty, dla których jedynym punktem odniesienia staje się wyłącznie słowo przywódcy.
Nowa realizacja Guru została przeniesiona ze stałej siedziby Opery w Nicei do funkcjonującego od niespełna dwóch lat Teatru Narodowego „La Cuisine”. Pracę nad nadaniem formy scenicznej przejmującej treści dzieła powierzono francuskiej reżyserce Muriel Mayette-Holz, która doskonale wydobyła jego wciąż tak bardzo aktualną problematykę i sugestywnie zaplanowała grę aktorską. Rozgrywa się ona na rozległej przestrzeni sceny, pokrytej jakby warstwą piasku (dekoracje i kostiumy Rudy’ego Sabounghiego, oświetlenie François Toureta), co ma nasuwać skojarzenia z wyspą, na której rozgrywa się cały dramat.

Do tego geograficznego położenia nawiązuje też kępa trzcin i jakby mała sadzawka, której woda nabiera też symbolicznego znaczenia, przywołując ideę odpłynięcia w „wyzwalającą” podróż i rzekomego oczyszczenia się z brudów złego świata. Na proscenium umieszczone są kamery, które pozwalają wyświetlać na spuszczonym do połowy wysokości pudła scenicznego ekranie ekspresyjną mimikę twarzy solistów. Albowiem główną siłą tej inscenizacji okazuje się być właśnie wspomniana gra aktorska świetnie dobranej obsady wokalnej. W tytułową postać charyzmatycznego manipulatora, uwodzącego naiwnych adeptów złudną obietnicą przeniesienia się do lepszego świata, wciela się argentyński baryton Armando Noguera, przekonująco podkreślający perwersyjny charakter skoncentrowanego na władzy, pieniądzach i seksie przywódcy. Wokalny i aktorski potencjał roli jego matki Marty, w pewnym momencie przezeń zamordowanej, w pełni wykorzystuje prezentująca szeroki wachlarz możliwości interpretacyjnych Marie-Ange Todorovitch, dysponująca ciemnym i przejmująco brzmiącym mezzosopranem. Samotną i zrozpaczoną po śmierci swego dzieciątka kobietą Iris, która jako pierwsza zadaje sobie uwalniającą ją od cierpienia śmierć, jest sopranistka Anaïs Constans, imponująca umiejętnością pokazania emocjonalnej różnorodności swej partii. Obok nich z powodzeniem występują tenor Fréderic Diquero, w roli próbującego uciec z wyspy i za karę zlinczowanego przez współwyznawców Victora, oraz bas Nika Guliashvilli, wcielający się w Carelliego, cynicznego wynalazcę śmiertelnego eliksiru, ostatecznie zmuszonego przez Guru do jego wypicia, aby dać „dobry” przykład innym adeptom. Co ważne, wszystkie partie wokalne zostały przez Petitgirarda napisane w taki sposób, żeby słuchacze nie mieli najmniejszego problemu ze zrozumieniem tak przecież tutaj ważnego tekstu. Całkowicie inny charakter posiada wręcz wstrząsająco ukazywana przez aktorkę Sonię Petrovną postać Marii, usiłującej za wszelką cenę zapobiec zbiorowemu samobójstwu. Mamy tutaj bowiem do czynienia z rolą mówioną, wszak ze zrytmizowanym tekstem, co wiąże się dla wykonawcy z koniecznością doskonałej znajomości całej, charakteryzującej się tutaj niezwykłą intensywnością, warstwy muzycznej.
Wreszcie podkreślić należy, że Petigirard powierzył bardzo ważne pod względem dramaturgicznym i wokalnym zadania świetnie tutaj brzmiącemu chórowi, reprezentującemu członków sekty. Początkowo noszą oni barwne stroje, które następnie zostają zastąpione czarnymi ubiorami, zapowiadającymi zbliżającą się tragedię absurdalnej śmierci.

Mankamentem prezentowania omawianego przedstawienia w wymienionym wyżej teatrze jest brak w nim kanału orkiestry, co wymusza umieszczenie Orkiestry Filharmonicznej Nicei w głębi sceny. W konsekwencji soliści znajdują się cały czas za plecami dyrygującego wykonaniem Laurenta Petitgirarda, a taka sytuacja stawia ich w niezbyt komfortowej sytuacji.

Wspomagają się oni wprawdzie umieszczonymi z przodu monitorami, które wszakże nie są w stanie zastąpić bezpośredniego kontaktu wzrokowego z kapelmistrzem. Drugim słabym punktem tej skądinąd intrygującej realizacji jest nadużywanie przygotowanych przez Juliena Souliera projekcji wideo, przedstawiających na przykład morską perspektywę czy lot zwiastujących nieszczęście czarnych ptaków. Ów nagminnie wykorzystywany przez licznych reżyserów proceder stał się od pewnego czasu irytującą i powtarzaną aż do znudzenia manierą. Ogólnie rzecz ujmując trzeba jednak raz jeszcze wyrazić wdzięczność dyrektorowi Bertrandowi Rossiemu, iż nie zawahał się wstawić do bieżącego repertuaru tej ignorowanej do tej pory, choć niewątpliwie ważnej i wbrew pozorom przystępnej dla szerokiej publiczności pozycji. Szczelnie wypełniona widownia i gorące przyjęcie zgotowane owej wartościowej inicjatywie w pełni potwierdzają trafność jego artystycznej intuicji.
Leszek Bernat