Jeśli ktoś tęskni za klasycznymi operami zrealizowanymi „po bożemu”, to powinien obejrzeć nową inscenizację Traviaty Giuseppe Verdiego w Teatrze Wielkim w Łodzi. Reżyserka Pia Partum, wbrew panującej modzie na tępe uaktualnianie fabuły, nie dała się „wrobić” w taki wizualny schemat. Powiedziała, że nie interesuje ją to, że Violetta mogłaby dzisiaj umrzeć np. na covid. – Szukam aktualności w tym, co uniwersalne, zamiast na siłę uwspółcześniać, kładąc Violettę pod respirator.
I tak się stało. Na scenie pojawia się paryski elegancki salon, w którym baronowie i potentaci finansowi zawiązują przyjaźnie z tancerkami, ale starają się przy tym zachować pozory dobrego wychowania. Przybywający do stolicy młodzieniec zakochuje się w jednej z pań, ale troskliwy tatuś interweniuje osobiście, bo w eleganckim towarzystwie coś takiego jak uczucie musi mieć uzasadnienie finansowe, klasowe, towarzyskie itd. Damę Kameliową pokazywano już scenicznie na dziesiątki sposobów, bardziej lub mniej sensacyjnie.

Reżyserka przedstawienia łódzkiego postawiła na psychologiczne portrety bohaterów, a w zasadzie skupiła się na portrecie Violetty i na muzyce. Tak się bowiem złożyło, że do roli tytułowej zatrudniono śpiewaczkę ogromnie doświadczoną, a przy tym nieprzeciętnie utalentowaną aktorsko i muzycznie. Joanna Woś niejeden raz dawała świadectwo swej maestrii. Także w przypadku roli Violetty pozwoliła sobie na pogłębioną sylwetkę „eleganckiej kobiety z towarzystwa”, która postanowiła wreszcie pokochać naprawdę.
Oczywiście przełomową dla tego dramatu sceną jest rozbudowana, efektowna i popisowa aria Ah, fors’è lui…sempre libera. Aria ta jest najdłuższą tego typu napisaną przez Verdiego. Trwa ponad 10 minut i wymaga od śpiewaka najwyższych zdolności wokalnych, a także ogromnej wytrzymałości.
Cały przebieg utworu wymaga umiejętności sopranu koloraturowego z wieloma wirtuozowskimi przebiegami i wysokimi tonami, a dodatkową atrakcją są tu dochodzące z daleka pełne miłości zapewnienia ukochanego. Już samo prześledzenie tej sceny, rozgrywającej się praktycznie na pustej estradzie, co symbolizuje jakby monolog wewnętrzny bohaterki, może dostarczyć sporej satysfakcji słuchaczowi i widzowi, a Joanna Woś doskonale wpisała się w całą sytuację aktorsko, wspomagając się ruchem, gestem, mimiką.

Drugą znaczącą, bardzo subtelnie zaaranżowaną sceną jest początek drugiego aktu rozgrywający się na wsi. Znów mamy niemal całkowicie pustą przestrzeń pokrytą liśćmi. To jest scena w zasadzie kameralna, bo pojawiają się w niej tylko Violetta i Alfred, ale jej dramaturgiczny sens jest bardzo prosty – zakochanym wystarczą tylko oni sami, nikt inny nie jest tu potrzebny. Każda dodatkowa osoba staje się intruzem. Nawet ogrodnik czy służąca, nie mówiąc już o przybyłym ze „specjalną misją" ojcu Alfreda. Oczywiście muzyka wyraża niezależnie od poczynań reżyserskich i aktorskich wszystkie uczucia, ale uważny obserwator może znaleźć w scenografii i kostiumach pogłębienie i rozwinięcie zaprojektowanych przez kompozytora emocji. Wśród wykonawców wyróżnić trzeba Rafała Janiaka, który bardzo uważnie prowadzi orkiestrę, chór i solistów.
Już pierwsze takty, gdy orkiestra gra wstęp do opery, bo Traviata nie ma Uwertury, tylko spokojny Walc Violetty, dowodzą świetnego przygotowania i wczucia się w atmosferę spektaklu. Dyrygent też znakomicie pomaga śpiewakom w ich trudnych rolach przytrzymując orkiestrę gdy solista rozwija fermatę. Gwiazdą bezkonkurencyjną jest Joanna Woś. Jej partner – David Baños, hiszpański tenor z bardzo dobrym głosem, stara się jak może wykorzystać środki aktorskie do pogłębienia swej roli kochanka.
Jego ojca kreuje Victor Yankovskyi, który jest równie drętwy aktorsko jak i głosowo. W rolach drugoplanowych nikt oczywiście nie dorównuje primadonnie, choć ciekawe głosy ujawniają Rafał Pikała jako lekarz i Dagny Konopacka-Maćkowiak jako służąca. Wadą przedstawienia Traviaty jest statyczność niektórych scen, a także trudne do wytłumaczenia epizody – gra w karty na stole do bilarda i powolny taniec w głębi sceny gdy rozgrywa się dramatyczna scena poniżania Violetty przez Alfreda.

Ostatni akt w mieszkaniu umierającej bohaterski przynosi nastrój oniryczny – białe zasłony symbolizują chorobę, sen, a w końcu śmierć. Całość koncepcji reżyserskiej jest podporządkowana muzyce. Scenografia, która jest dziełem Karoliny Fandrejewskiej w II i III akcie ma istotnie w sobie coś ze snu. Wreszcie warto wspomnieć o scenie tanecznej, która straciła charakter cygański, a stała się okazją do promocji wielkich stożków złożonych z czekoladek znanej firmy, co wizualnie było nawet interesujące, choć pojedyncze słodycze w rękach baletnic okazały się trochę za małe, jak na Teatr – nie tylko z nazwy – Wielki.
Joanna Tumiłowicz