Z Ewą Podleś i jej sztuką wokalną spotkałem się po raz pierwszy w 1986 roku. Byłem wtedy managerem Orkiestry Kameralnej Polskiego Radia w Poznaniu. Artystka została zaproszona do dokonania z Orkiestrą nagrania archiwalnego dla Polskiego Radia arii z opery Rinaldo G.F. Haendla. Po raz pierwszy zetknąłem się też wówczas osobiście z jej mężem prof. Jerzym Marchwińskim i także po raz pierwszy mogłem z podziwem obserwować parę żyjącą w tak głębokiej symbiozie, opisanej później jako partnerstwo w życiu i muzyce w znakomitej książce autorstwa Doroty Szwarcman.

Ze sztuką wokalną Ewy Podleś zetknąłem się ponownie w 1993 roku podczas recitalu z orkiestrą w Teatrze Wielkim w Poznaniu. Był to trzeci z serii recitali gwiazd polskiej wokalistyki (po Teresie Żylis-Garze i Stefanii Toczyskiej) pod dyrekcją Mieczysława Dondajewskiego. Zaznajomiony już z kunsztem wokalnym Ewy Podleś i jej pozycją w świecie byłem zawiedziony dość powściągliwym powitaniem artystki przez publiczność, być może początkowo nie w pełni świadomą z jak wielką artystką mają do czynienia.
Z kolei, już w trakcie pierwszej popisowej arii, z satysfakcją obserwowałem pojawiające się na twarzach sąsiadujących słuchaczy zaskoczenie i niemal zdumienie, a następnie frenetyczną owację jakiej ten gmach nie doświadczył od czasu pamiętnego występu Eleny Obrazcowej jako Amneris w połowie lat 70-tych. W mojej pamięci to, co zaprezentowała wówczas Ewa Podleś, wbijało po prostu w fotel, a emocjonalnie wręcz przenosiło w zaświaty.

Występ artystki rok później na tej samej scenie jako Arsace w Semiramidzie Rossiniego otrzymał już właściwe nagłośnienie w mediach i od samego początku znakomite przyjęcie przez publiczność. Byłem oczywiście cząstką tych wspaniałych ogólnych zachwytów. Dodatkowym miłym dla mnie akcentem było, że przy powitaniu na popremierowym koktajlu zarówno Ewa Podleś, jak i prof. Jerzy Marchwiński podkreślili, że znakomicie pamiętają spotkanie ze mną sprzed paru lat przy okazji nagrań radiowych. Do kolejnego, dość przelotnego spotkania doszło w 1996 roku podczas Festiwalu w Łańcucie, gdzie Ewa Podleś śpiewała duety z reprezentowaną przez mój impresariat wspaniałą sopranistką Joanną Kozłowską.
Przez następne lata z oddali obserwowałem karierę Ewy Podleś, a do ponownego kontaktu doszło w dość specyficznych okolicznościach już w nowym tysiącleciu. Na zaproszenie dyrektora Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie Eugeniusza Kusa co roku organizowałem tam w zakresie impresaryjnym recitale czołowych polskich śpiewaków, m.in. Iwony Hossy, Kałudi Kałudowa, Joanny Kozłowskiej, Małgorzaty Walewskiej.

Po ostatnim z recitali, jesienią 2002 roku dyrektor Kus powiedział mi, że wkrótce przejdzie na emeryturę i chciałby to poprzedzić zorganizowaniem jakiegoś spektakularnego koncertu; zapytał czy byłbym w stanie zapewnić recital Ewy Podleś. Moja odpowiedź była oczywista, że spróbuję. Była to już era Internetu, więc skontaktowanie się z artystką nie stanowiło technicznego problemu; trudniej było ją przekonać do przyjęcia propozycji występu w nieznanej jej sali, do tego w mieście, do którego dojazd ze stolicy pociągiem (jak później się dowiedziałem, Ewa nie lubiła podróży samolotem) trwał wówczas ponad 8 godzin.
Ale udało się, został ustalony termin na jesień 2003 roku. Niestety, poważny wypadek samochodowy Ewy Podleś w drodze na lotnisko po recitalu w Santa Fe wiosną 2003 zmusił nas do przesunięcia terminu na wiosnę 2004 roku, ale i ten termin trzeba było, i to w ostatniej chwili, odwołać z powodu infekcji grypowej artystki.

Gdy wreszcie udało się uzgodnić kolejny termin na połowę maja 2004, kłócił się on z pierwszym koncertem w ramach organizowanego przeze mnie polskiego tournée pierwszoligowej wówczas harfistki z Włoch, Claudii Antonelli. Decyzja była trudna, w uzgodnieniu z prof. Marchwińskim wybrałem opiekę nad włoską artystką, a decyzja przypadkiem okazała się niezwykle trafna z powodu zamętu gdy wyszło na jaw, że Filharmonia pomyliła koncerty i zamówiła dla orkiestry niewłaściwe nuty. Tak więc nie byłem świadkiem pierwszego, firmowanego przez mój Impresariat występu Ewy Podleś.
Tym większe było moje zaskoczenie, gdy krótko potem zatelefonował do mnie prof. Jerzy Marchwiński z pytaniem, czy przyjąłbym jego małżonkę do grona reprezentowanych przeze mnie artystów i zechciał otoczyć ją opieką impresaryjną na terenie Polski. Przy czym od razu zaznaczył, że propozycja ta jest jego absolutnie autonomiczną decyzją, nie opartą na żadnych rekomendacjach, a wyłącznie na jego i Ewy Podleś obserwacji mojej pracy; zarazem obiecał też swoją pomoc i współpracę. Jakże mógłbym odmówić! Praca na rzecz takiej gwiazdy to marzenie chyba każdej agencji impresaryjnej, zwłaszcza w powiązaniu z tak wspaniałą, jak się wkrótce okazało, współpracą z jej małżonkiem.

Pierwszą czynnością, po skonstruowaniu biogramu i umieszczeniu go na mojej stronie internetowej, była odpowiednia informacja do polskich instytucji artystycznych. I tu nastąpiło wielkie zaskoczenie – wielu dyrektorów miało dość słabe pojęcie kim jest Ewa Podleś, padło nawet pytanie o sfinansowanie jej podróży z… Kanady (bo tam rzekomo miała mieszkać), co dało bodziec do uzupełnienia biogramów, również tych dla potrzeb zagranicznych, o wyraźną informację, że artystka na stałe mieszka w Warszawie. Wielu dyrektorów zareagowało jednak niemal natychmiast, np. Grzegorz Nowak, nowy dyrektor Filharmonii Poznańskiej zaproponował już na jesień 2004 udział w estradowym wykonaniu Orfeusza i Eurydyki Glucka, a dyrektor Opery Bałtyckiej Włodzimierz Nawotka do także estradowego wykonania Włoszki w Algierze Rossiniego. Podobnie zareagował Michał Znaniecki zaraz po objęciu dyrekcji w Teatrze Wielkim w Poznaniu angażując Ewę Podleś do partii Azuceny w Trubadurze Verdiego, niestety też w wersji estradowej gdy okazało się, że dekoracje zdążyły „wyemigrować” za granicę by ratować budżet Teatru. Dość długa byłaby lista miejsc z występami Ewy Podleś w Polsce od 2004 roku, nie czas i miejsce aby je wyliczać, warto jednak wspomnieć, że były to zarówno wielkie ośrodki jak Teatr Wielki w Warszawie, Filharmonia Narodowa, NOSPR i wiele filharmonii, jak i mniejsze ośrodki jak Pałac w Antoninie czy festiwale w Mikołowie, Łańcucie, Sanoku, zgodnie ze znaną maksymą Ewy, że każdy koncert jest ważny, zarówno ten w Nowym Jorku, jak i ten w Nowym Sączu. Myślę, że istotne znaczenie miało też honorarium, jakie za zgodą artystki mogłem negocjować z organizatorami występów – wprawdzie uwzględniające niestandardową pozycję artystyczną Ewy, ale zarazem na tyle umiarkowane by nie groziło ruiną budżetu zapraszającej instytucji.
Żałuję, że poza inscenizacją Elektry Straussa z Teatrze Wielkim w Warszawie, z którym Ewa Podleś była związana etatowo, a więc impresario miał tam mniej do powiedzenia, pomimo starań nie udało mi się zapewnić jej żadnego angażu do operowych występów scenicznych w Polsce.

Jeśli były występy operowe, to tylko w wersji estradowej, poza wspomnianymi wcześniej była to jeszcze partia Klitemnestry z Christine Goerke jako Elektra z katowickim NOSPR, gdzie wszyscy soliści śpiewali bez korzystania z pulpitów, a Goerke wykonała nawet na koniec taniec zwycięstwa tytułowej postaci. Warto tu wspomnieć, że Ewa Podleś uważała, że trudno oczekiwać jakiejkolwiek interpretacji przez śpiewaka jeśli nie zdołał opanować utworu na pamięć. Irytowało ją to zwłaszcza w przypadku estradowych wykonań oper, prezentowanych w tej zubożonej formule coraz częściej z banalnych powodów oszczędnościowych.
Szczególnie długo wypominała sytuację z koncertu w Poznaniu, że kiedy w kluczowym momencie libretta jako Orfeusz zwróciła się do wykonawczyni partii Eurydyki, ta miała nos w nutach. Dlatego przy następnych kontraktach na estradowe wykonania oper wpisywaliśmy życzenie, aby w miarę możliwości przynajmniej główni protagoniści śpiewali swe role z pamięci, a najlepiej aby były to wykonania wzbogacone interakcjami pomiędzy wykonawcami.

Ewa bardzo się zżymała, że chociaż w wielu krajach od dawna jest to normą, to w Polsce śpiewacy na estradach nadal namiętnie korzystają z pulpitów, nawet jeśli na szczęście zdarza się już niekiedy, że przynajmniej na czas głównych arii i duetów odrywają od nich oczy. W mojej współpracy z Ewą Podleś znaczącym był rok 2016, kiedy to artystka podjęła decyzję o prędkim przeprowadzeniu, odkładanej od wielu lat, nieodzownej operacji ortopedycznej.
Ewa ogromnie ubolewała, że konieczne było anulowanie aż czterech wcześniej uzgodnionych jej krajowych występów: w Operze Krakowskiej, Filharmoniach Śląskiej i Sudeckiej oraz prawykonania z NOSPR specjalnie jej dedykowanego utworu Cztery monologi antyczne Piotra Mossa do słów Antoniego Libery. Gdy rozeszła się wieść o chwilowym, jak się wówczas wydawało, przerwaniu występów, nasiliły się zaproszenia z zagranicy; wszystkie spotykały się z odmową.

Ewa już wówczas planowała, że po operacji nie powróci do śpiewania. Powtarzała – niech raczej pytają, dlaczego już nie śpiewam, niż dlaczego jeszcze śpiewam. Jedna z propozycji była jednak dłużej dyskutowana, mianowicie zaproszenie z Teatru Bolszoi w 2016 roku do wykonania partii Hrabiny w przygotowywanej nowej inscenizacji Damy pikowej Piotra Czajkowskiego – jeśli na premierowej gali w głównym teatrze operowym Rosji, w najbardziej rosyjskiej z rosyjskich oper, tytułową partię rosyjskiej hrabiny wykonywałaby polska śpiewaczka, toż to byłoby jak wybuch bomby atomowej nie tylko artystyczny.
Nie można jednak było robić wyjątków, decyzja Ewy o ograniczeniu się po operacji do działalności pedagogicznej była ostateczna. Po przedłużającej się rekonwalescencji była więc jurorką w konkursach im. Stanisława Moniuszki w Warszawie i Bogdana Paprockiego w Bydgoszczy, dawała liczne lekcje mistrzowskie dla kilku Akademii Muzycznych oraz w ramach Akademii Operowej Teatru Wielkiego w Warszawie. W tym okresie udzieliła też, co wcześniej czyniła niezbyt chętnie, kilka wypowiedzi dla mediów, w tym obszerne dla niemieckiego miesięcznika „Oper!” i dla portalu Maestro.

Był to też czas na zacieśnienie przeze mnie z Ewą bardziej osobistych więzi, w których przewagę miały dotąd kontakty zawodowe. Już przy pierwszym zaproszeniu do spędzenia kilku dni w pięknej rezydencji państwa Marchwińskich na obrzeżach Warszawy, Ewa zaskoczyła i wręcz wzruszyła mnie pytaniem o moje upodobania kulinarne i ewentualną nietolerancję niektórych potraw. Na stałe mieszkam w Poznaniu, kontakty pozazawodowe były więc siłą rzeczy dość ograniczone, głównie do spotkań po występach. Chociaż już wtedy, nawet podczas tych krótkich spotkań, mogłem poznać osobowość Ewy w chwili wyzwolenia od stresu występów, uroczo ciepłą, pełną empatii i humoru. Długo będę wspominać sytuację, gdy po występie koncertowym w Operze Wrocławskiej zaprosiła niewielkie grono osób do bardzo ekskluzywnego hotelu w najlepszej wierze zapewnionego przez Operę; ponieważ hotelowa kuchnia była już zamknięta poszliśmy do jej pokoju, gdzie Ewa przezornie przygotowała małe przekąski; obszerny pokój sprawiał pozornie świetne wrażenie, z lustrami, ogromnym łożem pośrodku, wszystko w modnej czarno-białej kolorystyce; tylko nie mieliśmy gdzie usiąść poza tym gigantycznym łożem, a nawet przekąski musiały na nim wylądować; wtedy Ewa oznajmiła: jeśli zamiast biało-czarnej, byłaby kolorystyka biało-różowa, mogłabym śmiało powiedzieć, że witam Państwa w luksusowym burdelu. Myślę, że poczucie humoru pomogło jej pomyślnie trwać na wyżynach tego jakże wymagającego, stresującego zawodu śpiewaczki operowej. Wybór właściwego hotelu dla artystów, którzy podróżując pomiędzy różnymi ośrodkami muzycznymi przez większość życia mieszkają w hotelach, jest całkiem sporym wyzwaniem. Zwłaszcza, że te z wieloma gwiazdkami przy swej nazwie często dbają bardziej o wystrój niż o praktyczną wygodę. Do moich powinności należało więc możliwie dokładne sprawdzanie proponowanych hoteli pod kątem spełnienia określonych oczekiwań.
W rezultacie Ewa często wybierała pozornie skromne hotele trzygwiazdkowe, za to zapewniające podstawowe elementy jak np. otwierane okna zapewniające możliwość tradycyjnego dopływu świeżego powietrza (zwłaszcza śpiewacy wiedzą, jakie to istotne), klasyczny prysznic znacznie ważniejszy od wanny z jacuzzi, czy pozorny drobiazg, niską szafkę tzw. pomocnik, do położenia na płasko walizki.

Okres po operacji i rekonwalescencji był też czasem, kiedy Ewa znacząco poświęciła się opiece nad stopniowo pogarszającą się kondycją zdrowotną męża. Powtarzała – Jerzy poświęcił sporą część swojego życia zawodowego dla mnie, przyszedł moment, abym ja swój czas poświęcała jemu. Tu miejsce na parę słów wspomnienia o prof. Jerzym Marchwińskim i mojej z nim współpracy, którą obiecywał wraz z propozycją objęcia jego żony opieką impresaryjną. Bez wątpienia od samego początku współpraca ta układała się znakomicie. Wszystkie decyzje, które określiłbym jako strategiczne, dokładnie wspólnie uzgadnialiśmy na podstawie doświadczeń każdego z nas, przy czym Profesor nigdy nie naciskał na realizację jego sugestii jako najlepszych.
Musiało to przynieść dobre efekty, skoro jego małżonka w pewnym momencie powiedziała, że nigdy nie spodziewała się, że będzie w Polsce mieć tyle występów, a sam Profesor, którego idée fixe, jak ogólnie wiadomo, było propagowanie profesjonalnego partnerstwa, niejeden raz podkreślał nawet publicznie, że nasza współpraca jest ideałem jego koncepcji; nie będę ukrywał, że sprawiało mi to wielką zawodową satysfakcję.

Z czasem profesor Marchwiński zaproponował nawet, abym także jego działalność w zakresie lekcji mistrzowskich, wykładów i piśmiennictwa, objął swoim impresariatem. Byłem wówczas obserwatorem kilku prowadzonych przezeń masterclass; podziwiałem, że nigdy nie strofował uczestników, niczego nie narzucał, korygował delikatnie, raczej inspirował i proponował korekty; światowej sławy profesor o gigantycznej wiedzy i dorobku, traktował swych studentów jako partnerów, którym pomagał w kreowaniu wykonań artystycznych; nic dziwnego, że był tak uwielbiany przez młodych adeptów muzyki.
Koronacją mojej współpracy impresaryjnej z tym wspaniałym człowiekiem było, na rok przed jego śmiercią, nagranie przez niezawodną firmę DUX i wydanie w formie DVD jego nagranego w całości na żywo, bez jakichkolwiek cięć czy montaży, wykładu o muzycznym partnerstwie rozumianym szeroko, jako element umiejętności partnerstwa w życiu; nagranie to, dostępne obecnie także w Internecie, Profesor określił jako swój zawodowy testament.

Nieco wcześniej dokonaliśmy archiwizacji i przekazania do zbiorów Biblioteki Narodowej w Warszawie całości dokumentacji związanej z zawodową działalnością obojga artystów (przyszli ewentualni badacze i dokumentaliści tam powinni szukać dokumentów źródłowych). Śmierć Profesora była dla mnie pewnym zaskoczeniem, bo jeszcze tydzień wcześniej rozmawiał ze mną telefonicznie, pełen energii i planów dalszej aktywności zawodowej. Zmarł 7 listopada 2023 roku.
Niestety, koncentrując się bardzo, pomimo zatrudnienia fachowego personelu, na opiece nad swym małżonkiem, Ewa Podleś zaniedbywała staranie o zachowanie własnej kondycji zdrowotnej. Zimą 2023, podczas jakiegoś rutynowego banalnego badania okazało się, że ma niewielki nowotwór płuc.

Pomimo natychmiastowej operacji i podjęcia wszelkich dostępnych działań leczniczych, w tym ciężko zniesionej chemioterapii, nowotwór błyskawicznie się rozprzestrzenił na cały organizm. Wielokrotnie rozmawialiśmy wtedy przez telefon, Ewa pesymistycznie oceniała sytuację powtarzając, że jeśli ma ją spotkać coś złego, to z pewnością tak się stanie. Przeżyła swego małżonka o kilka zaledwie tygodni. Odeszła na zawsze 19 stycznia 2024 roku około godziny 22-giej. Godzinę później wiadomość o śmierci jednej z najwybitniejszych śpiewaczek naszych czasów obiegła już całą Polskę, a wkrótce też cały muzyczny świat.
Na szczęście pozostawiła po sobie liczne nagrania płytowe i radiowe. Warto w tym miejscu przypomnieć, bo media telewizyjne są w tym zakresie szczególnie dyskretne, że Ewę Podleś można też usłyszeć i obejrzeć w kilku nagraniach DVD, są to: Gioconda Ponchiellego w Barcelonie (La Cieca), Cendrillon Masseneta w Covent Garden (Madame de la Haltière), Dama Pikowa Czajkowskiego w Barcelonie (Hrabina), recital pieśni rosyjskich z Garrickiem Ohlssonem na UMFC w Warszawie oraz Kindertotenlieder Mahlera z Orkiestrą Filharmonii Narodowej pod dyrekcją Jacka Kaspszyka (N.B. jest to nagranie z ostatniego występu Ewy Podleś w Polsce, w lutym 2016). Nagrywana była też Gioconda w MET z Ewą Podleś jako La Cieca; niestety nigdzie nie spotkałem się z emisją telewizyjną tego nagrania, a nawet w ramach trwających blisko dwa lata w okresie pandemii codziennych streamingów ukazujących ogrom nagrań swych przedstawień, MET tego akurat spektaklu nie zaprezentowała. Na szczęście fragment pierwszego aktu z główną arią La Cieca jakimś cudem znalazł miejsce na kanale You Tube i tam można poczuć smak tego mistrzowskiego występu Ewy Podleś.

Ewa Podleś - jedna z najwybitniejszych i najbardziej cenionych w świecie polskich śpiewaczek operowych. W powszechnej ocenie uważana była za najbardziej autentyczny kontralt generacji, przez zespół międzynarodowych krytyków Classic FM Magazine zaliczona do 10 najlepszych głosów mezzosopranowych pierwszej dekady XXI wieku, a przez Operaarts.com do grona 100 operowych legend ostatniego półwiecza. Od swego debiutu w Metropolitan Opera w Nowym Jorku w 1984 r. w tytułowej partii opery Rinaldo Haendla należała do elitarnego grona artystów stale obecnych na najbardziej prestiżowych scenach operowych i estradach koncertowych świata, takich jak La Scala, MET, San Francisco Opera, Covent Garden, Châtelet, Deutsche Oper Berlin, Teatro Liceo, Teatro Real, Carnegie Hall, Lincoln Center, London's Wigmore Hall, Théâtre des Champs Elysées, Filharmonia Narodowa. Liczne nagrania artystki wyróżniane były prestiżowymi nagrodami, m. in. Diapason d'Or, Orphée d'Or, Preis der Deutschen Schallplatten Kritik, Grand Prix de l'Académie Française du Disque, kilkakrotnie Fryderyki. Francuska pisarka Brigitte Cormier poświęciła artystce obszerną biografię „Ewa Podleś – Contralto Assoluto” (polskie tłumaczenie wydane przez PWM). Ewa Podleś była rodowitą warszawianką, przez cały czas swej kariery zawodowej związana była z Teatrem Wielkim w Warszawie. Zmarła w wieku 71 lat 19 stycznia 2024 roku.
Jacek Nędzyński