Mamy tu do czynienia z bardzo atrakcyjnym wizualnie spektaklem, wręcz wysmakowanym scenograficznie, bo wielka, solidna i połyskująca metalicznie klatka stoi na środku sceny (dla chcących zamówić dla siebie coś podobnego warto podać, że wykonawcą scenografii był Piotr Szczygielski – Instalacje, Budownictwo), a po bokach oglądamy cztery ekrany i z towarzyszącymi akcji komentarzami medialnymi w języku angielskim (wymowa amerykańska) i z dyskretnym polskim tłumaczeniem w górze telebimu.
Z tej klatki można zrobić studio telewizyjne z aroganckim super prezenterem, albo więzienny korytarz z czuwającą strażniczką, albo salę sądową z przekupnym sędzią, albo wreszcie lokal, w którym odbywa się wizja lokalna zabójstwa młodej kobiety. Autor scenografii i kostiumów Marek Adamski stworzył dzieło łatwo dające się adaptować do kolejnych scen, ale całość jest jeszcze pogłębiana przez nieustanne działania kamerzystów, którzy na prawy ekran rzucają obraz z prawa na lewo, a na lewy odwrócony, czyli z lewa na prawo.
Że też chciało się autorom multimediów (Marek Kozakiewicz) i montażu elektronicznego dokonywać takiego fikołka. Do tego wszystkiego każdej scenie towarzyszy specjalnie spreparowana muzyka autorstwa The Blu Mantic & L.Ø.V. Music Group. Blu Mantic to raper z hameryki, który, jak sam wyznaje, poświęcił wszystko, przeprowadzając się do Polski i zostawiając za sobą dawne życie.

Odnalazłszy spokój cichych niedzielnych poranków w Warszawie pojawił się na scenie Teatru Studio, ale drugą część ścieżki dźwiękowej zaskrybował kolektyw L.Ø.V. Music Group, który jak sama nazwa wskazuje jest dziełem kobiety.

Dodawane są więc np. trąbki albo efekty dźwiękowe z głośnymi niskimi basami, które świdrują narządy wewnętrzne wchodząc przez uszy bez zatyczek (tym razem nie rozdawali), oraz racząc w jednej tanecznej sekwencji samplujący fragment beethovenopodobnej muzyki symfonicznej, oczywiście nie podając autora ani wykonawców (kłaniają się prawa autorskie). A zatem są tu również sceny taneczne ułożone przez tancerki i choreografki, czyli dwie panie Ramonę Nagabczyńską i Karolinę Kraczkowską. W tej pseudo klasycznej występuje postać nastoletniej morderczyni (Wiktoria Kruszczyńska) oraz zaangażowany do podwójnej roli prezentera (coś jak Tomasz Lis) i sędziego Bartosz Porczyk. Wiktoria mogłaby pewnie iść na casting do Opery Narodowej.
O ile w pierwszym akcie spektaklu reżyserowanego sprawną ręką przez Natalię Korczakowską, która z pomocą Marcina Cecko zaadaptowała tekst znakomitego reportażysty Wojciecha Tochmana, jest kilka sekwencji skłaniających do śmiechu, zwłaszcza kiedy wypowiada się szwagier zamordowanej Jolanty, z lekka szurnięty (Daniel Dobosz).

O tyle w drugim dominuje dramat i ostra antyprawicowa publicystyka, a także bezlitosna krytyka zawiłości w pracy reportera. W tę postać wciela się Dominika Ostałowska, znana zresztą z różnych wcieleń dziennikarsko-prezenterskich, paląca jak parowóz ciężkie papierosy.

To ona w dłuższym monologu wypowiada słowa na temat „prawdy” w publikacjach prasowych, złudności i manipulatorstwa sfery medialnej i co najgorsze, decyzji polityków, które nie mają nic wspólnego z potocznie rozumianą sprawiedliwością. Pointą tej sceny staje się wpis na telebimie, jaka to władza zaostrzyła przepisy kodeksu karnego dotyczące kary dożywocia. Choć Trybunał w Strasburgu uznał ten typ kary za torturę, zwłaszcza gdy skazani nie mają perspektywy wyjścia na wolność i poprawy, to my nadal kultywujemy ten bubel prawny. Ale to wszystko robi się rzekomo pro publico bono i jeszcze utwardza dzięki mediom podążającym za emocjami tłumów. Przedstawienie pod tytułem Polowanie na osy. Historia na śmierć i życie jest więc w sumie wiwisekcją rozciągniętej w czasie kilkudziesięciu lat egzekucji osoby, dla której nie ma żadnego ratunku.
Joanna Tumiłowicz