Dziady, żeby autentycznie zarezonować, wymagają odpowiedniego kontekstu politycznego. W czasach wolności i pokoju pozostają martwą klasyką, przedmiotem uwielbienia ze strony historyków literatury oraz udręką dla uczniów jako obowiązkowa lektura. A niekiedy nawet niebezpiecznie odsłaniają mielizny bliskie grafomanii.

Sam po roku 1989 zastanawiałem się jak można by ożywić niemiłosiernie szeleszczącą papierem Wielką Improwizację, dla której w normalnych czasach aktorzy nie potrafią wykrzesać w sobie odpowiedniego samopoczucia. Sposobem takim wydawał mi się naładowany rytmem rap. I nieoczekiwanie nastąpił cud. Za sprawą przedstawienia przywiezionego przez Teatr Dramatyczny im. Iwana Franki ze Stanisławowa (Iwano-Frankiwśka), a zaprezentowanego w ramach XVI Festiwalu Teatralnego Boska komedia". W obecnej sytuacji Ukrainy, najechanej przez Rosję i częściowo znajdującej się pod jej jarzmem, arcydramat Mickiewicza nabrał aktualnej wymowy, sprawiającej, że wiele kwestii czy nawet pojedynczych słów nabrało (odzyskało?) mocy eksplodującego dynamitu naładowanego emocjami.
Bieżący moment historyczny i ukraińscy aktorzy uskrzydlili polską reżyserkę Maję Kleczewską, która we współpracy z nimi stworzyła pozbawiony wysilonych udziwnień, a mimo to w pełni nowatorski spektakl, który niewątpliwie zapisze się w dziejach recepcji tego dzieła. Poza przywołaniem na początku wybranych kwestii Guślarza, dających znać o sobie wyłącznie w formie rozlegającego się głosu, ograniczono się do scen więziennych oraz Balu u Senatora z trzeciej części.
W pierwszym przypadku publiczność umieszczono na scenie, podczas gdy akcja w znacznej mierze rozgrywa się na pustej widowni, przy czym opuszczana kurtyna służy niekiedy za ekran dla projekcji, w drugim natomiast rzecz dzieje się w westybulu i na schodach prowadzących na pierwsze piętro.

Na początku rozlega się dźwięk syren alarmowych. Role w tej politycznej psychomachii zostały jednoznacznie rozdane, co uległo dodatkowemu wzmocnieniu za sprawą dwujęzyczności przedstawienia. Nie tylko diabeł okazuje się Moskalem, ale i ksiądz Piotr staje się postacią zbiorową w osobach duchownych cerkwi rosyjskiej, przeprowadzających egzorcyzmy, a faktycznie znęcających się nad Konradem, personifikacją Ukrainy, między innymi poprzez jego podtapianie, wskutek czego scena zyskuje wyjątkowo drastyczny przebieg, a zarazem antyklerykalny podtekst. Być może jedynie dla polskiego widza?
Spektakl nabiera rozpędu wraz ze skandowaną w zapamiętaniu pieśnią uwięzionych, poprzedzającą Wielką Improwizację. Roman Łućkyj, grający Konrada, strojem i zarostem przypomina prezydenta Zełenśkiego, co być może nawiązuje do jego z czasem nabywanej identyfikacji z ukraińskością.
Wygłaszając ten ustęp operuje bardzo oszczędnymi środkami: stoi nieruchomo, wewnętrznie skupiony, całą ekspresję wkładając w przekaz słowny, na cudzoziemców dodatkowo oddziałujący za sprawą muzycznej melodyki jaką cechuje się mowa naszych wschodnich sąsiadów.

Nieopodal od niego bawi się przy jedlinie chłopczyk, niezwracający nań uwagi niczym pozostawieni sobie chłopi w legendarnej inscenizacji Konrada Swinarskiego, a pierwiastek natury dynamicznej wprowadza w tle opuszczający się na linie mim, wykonujący ewolucje pomiędzy rzędami ziejącej pustką widowni. Przeciwieństwem jest frenetyczna sekwencja nie tyle Balu u Senatora, ile orgiastycznej zabawy na Kremlu, z dziewczynami do towarzystwa i zastępami ochroniarzy, na co wskazuje poprzedzająca ją aria Leńskiego przed pojedynkiem z Eugeniusza Oniegina Piotra Czajkowskiego. Grający Senatora nie tylko wypowiada tekst, ale wielokrotnie, wykazując się niezwykłą sprawnością fizyczną, wspina się po schodach i stacza po nich, podobnie jak wspomniany wcześniej mim.
Łącznikiem pomiędzy tymi nie tylko wrogimi, ale i zupełnie nieprzystającymi do siebie światami (w pierwszym dominują stroje polowe, w drugim nowobogacka, krzykliwa elegancja, z brylantyną we włosach i ciemnymi okularami) jest postać Anioła - jedyna w stricte teatralnym kostiumie, nasuwającym mi skojarzenia z odpowiednikiem z przywołanej inscenizacji Konrada Swinarskiego, granym przez Zygmunta Józefczaka, co stanowić może ze strony reżyserki ponowoczesny ukłon w stronę scenicznej tradycji.

Dziady Mickiewicza stały się w ten sposób przypowieścią o ostatecznym kształtowaniu się ukraińskiej tożsamości, konieczności definitywnego przecięcia pępowiny z przeszłością i zależnością od Moskwy. Ewolucję taką przechodzi Konrad-Zełeński, pierwotnie, jak większość jego współobywateli, silnie powiązany z orientacją prorosyjską, przynajmniej na poziomie języka i kultury, by następnie przejść proces emancypacji i stać się twarzą milionów rodaków, twarzą nowej wspólnoty.
Tak w jego przypadku, jak i mieszkańców środkowej i wschodniej części kraju, jest to proces świeżej daty. Dzięki artystom z Ukrainy można było odzyskać wiarę we współczesny teatr, który nie musi by śmiertelną nudą, lecz może trzymać widza w niesłabnącym napięciu i dostarczać mu szczerych wzruszeń. Dawno już nie dane mi było doświadczyć tak mocnych przeżyć na gruncie tej dziedziny sztuki. Bo teatr musi być po coś, a nie tylko zajmować się samym sobą
Lesław Czapliński