Ostatni raz na przedstawieniu Wrocławskiego Teatru Pantomimy byłem jeszcze za życia jego założyciela Henryka Tomaszewskiego i będącym jego autorstwa. Był to Kaprys według dramatu Gerharda Hauptmanna. A więc około trzydzieści lat temu. Szmat czasu z perspektywy ludzkiego żywota. Szedłem zatem na występ tego zespołu ze szczególnym zainteresowaniem, jak potoczyły się jego dalsze losy?

Spektakl Niepokój przychodzi o zmierzchu (reż. Małgorzata Wdowik), zaprezentowany w ramach XVI Festiwalu Teatralnego Boska komedia", przywołał we mnie skojarzenia z Przyjeżdżam jutro Henryka Tomaszewskiego według powieści Pier Paolo Pasoliniego, a zwłaszcza jego własnej ekranizacji. O ile tam mieliśmy do czynienia z pogrążającą się w rozkładzie rodziną należącą do bogatej burżuazji mediolańskiej, to tu z wywodzącą się spośród holenderskich rolników. Poza tym, zamiast tajemniczego Gościa, uruchamiającego lawinę destrukcyjnych wydarzeń, tym, co wytrąca domowników z codziennej egzystencji, jest dotykająca ich tragedia utonięcia syna Matthiesa, co staje się detonatorem postępującego rozpadu więzi.
O ile w tamtym przedstawieniu sporadycznie pojawiały się plansze z tekstem, to tym razem występuje więcej teatralnych protez w postaci napisów wyświetlanych na tylnej ścianie oraz wypowiadanych od czasu do czasu słów, a nawet całych dialogów. Zbytecznych, albowiem i tak nie dają większego pojęcia o literackim pierwowzorze – na poły autobiograficznej powieści Marieke Lucas Rijneveld pod tym samym tytułem.

A niekiedy czynią sytuacje zbyt dosłownymi i banalizują je, kiedy dookreślają na przykład problemy defekacyjne i sposoby zaradzenia im w odniesieniu do bohaterki, porte parole pisarki, a zarazem podmiotu zdarzeń, skoro za jej pośrednictwem jako medium doświadczamy świata przedstawionego.
A wchodząc na widownię i dostrzegając pomysłową aranżację miejsca gry (dek. i reż. światła: Aleksander Prowaliński) z figurami zwierząt: konia, psa i myszy autorstwa Jana Baszaka, platformą ze szklanym pomieszczeniem w głębi i gwiazdą zawieszoną u góry, a także słysząc rozlegające się dźwięki muzyczne i akustyczne (muz. Agata Zemla), żywiło się przekonanie, że czeka nas interesujące jego wypełnienie scenicznymi sytuacjami. I zaczyna się wielce obiecująco, kiedy stopniowo ożywa ono wraz z rozmieszczonymi w nim postaciami. Wydaje mi się jednak, że widowisko znacznie zyskałoby na sugestywności i odznaczało się o wiele większą siłą wyrazu, gdyby poprzestano na narracji odwołującej się do samych obrazów i ekspresji ruchu, rzeźbionych za pomocą światła, oraz niepokojąco brzmiącej oprawy dźwiękowej. Zresztą w psychologicznej odmianie niemieckiego ekspresjonizmu filmowego ambicją było ograniczenie się do samych ujęć, bez uciekania się do pomocy napisów (np. inspirowane psychoanalizą Tajemnice duszy Georga Wilhelma Pabsta). W omawianym przedstawieniu mieliśmy do czynienia z dwiema takimi sekwencjami: jedną skąpaną w purpurze, a drugą w ochrze. W sumie jednak trochę zawiedzione nadzieje.
Lesław Czapliński