Nie tylko dlatego, że recital aktorski Andrzeja Seweryna według szekspirowskiego Leara z Teatru Starego w Lublinie pokazany został w Krakowie w ramach tegorocznego festiwalu „Boska komedia”. W Polsce słowo „komediant” budzić może negatywne skojarzenia, podczas gdy francuski pierwowzór nie posiada już takiego wydźwięku, może dlatego, że narodowa scena to Comédie Française, mimo że zrąb jej repertuaru stanowią klasyczne tragedie.
Jej aktorem i socjetariuszem (współudziałowcem) był właśnie Andrzej Seweryn.To przede wszystkim artysta o solidnym warsztacie, mający wszystko pod kontrolą. Właściwe ustawienie głosu i nieskazitelna dykcja pozwalają na swobodne podawanie tekstu, bez potrzeby wsparcia ze strony mikroportów. Właściwie całe przedstawienie zredukowane jest do jego osoby i wypracowanych przezeń środków. Pewnego wsparcia dostarczają nieliczne rekwizyty i światła (scen. Justyna Łagowska).
Te ostatnie wraz z efektami akustycznymi na większą skalę dochodzą do głosu jedynie w scenie burzy, kiedy spotyka odrzuconą niegdyś córkę. W ujęciu Janusza Opryńskiego i Andrzeja Seweryna Learowi pozostaje jedynie życie w zamkniętym kręgu przeszłości, po którego obwodzie porusza się na początku i końcu, zanim wstąpi do jego wnętrza, by stać się postacią.

A więc rozpamiętywanie dramatu ojca i zdetronizowanego władcy, a w ogólniejszym planie po prostu starego człowieka, oszukanego i odtrąconego przez najbliższych, skoro zaufał bardziej pozorom niż szczerości. Michaił Bachtin w związku z powieściami Fiodora Dostojewskiego pisał o ich polifonicznej kompozycji. Tę konstatację odnieść można do omawianego przedstawienia. Andrzej Seweryn przywołuje i ożywia, głównie głosem, postacie z Króla Leara, ale wyłącznie z jego perspektywy, ani na moment nie przestając nim być. A zatem nie tyle się w nie wciela, ile je wciela w siebie. Dotyczy to przede wszystkim trzech córek.
Ale nie tylko. Na mnie największe wrażenie wywierały sceny, w których w „mgnieniu głosu”, za sprawą jego intonacji i barwy, aktor momentalnie przechodził pomiędzy postaciami Leara i Błazna, stającego się zarazem lustrem, w którym się on sam przegląda. Artysta demonstruje techniczną wirtuozerię, ale do pewnego stopnia na zimno wykalkulowaną, na francuski sposób Denisa Diderota z Paradoksu o aktorze.

Przed wieloma laty podobne wrażenia były moim udziałem w przypadku integralnej inscenizacji tego dzieła przez Jerzego Jarockiego w warszawskim Dramatycznym i z całą plejadą ówczesnych aktorów (Lear – Gustaw Holoubek, Kent – Zbigniew Zapasiewicz, Edgar – Marek Walczewski, Błazen –Piotr Fronczewski, Regana – Magdalena Zawadzka, Kordelia – Joanna Szczepkowska). Budzi podziw dla swojej sztuki, ale nie hipnotyzuje publiczności, mimo że rozpoczyna i kończy występ dobiegającymi z mroku i na powrót w nim ginącymi obrzędowymi inkantacjami. O tym, że nie dokonuje się magiczne oddziaływanie świadczyć może i to, iż niektórym z widzów przede mną zdarzało się od czasu do czasu zdrzemnąć, czyżby nie tylko z powodu dzielenia z bohaterem starczego wieku?
Lesław Czapliński