Symfonia „Jak samotne leży miasto” Yoava Talmiego stanowi nawiązujący do Trenów Jeremiasza (Lm, 1,1) lament nad losem Jerozolimy, tym bardziej przejmujący, że nie pada w nim ani jedno słowo. Składa się z dwóch części. Instrumentalnej, do pewnego stopnia wstępnej (Intensive. Allegro assai) i w znacznej mierze ukształtowanej za pomocą techniki serialnej. Istotna rola przypada w niej perkusji i blasze, którym przeciwstawione zostają smyczki, wprowadzające motywy o lżejszym ciężarze gatunkowym.
W drugiej, właściwej (Lament. Intensive), sopranowa wokaliza bez słów dobiega naprzód zza kulis, a następnie śpiewaczka z wolna wkracza na estradę i staje obok dyrygenta. Na pierwszy plan wysuwa się zatem bezbłędna intonacja oraz umiejętność prowadzenia kantyleny. Mieliśmy do czynienia z autorską interpretacją. Yoav Talmi, obchodzący w tym roku osiemdziesiąte urodziny, po raz pierwszy poprowadził swoje dzieło 11 lutego 2022 w Salonikach. Następnie 24 maja tego roku w Quebecu, którego orkiestrą kierował przez trzynaście lat na przełomie stuleci. Piątkowa prezentacja w Filharmonii Poznańskiej była zatem trzecią.
Po przerwie zabrzmiała IV Symfonia G-dur Gustava Mahlera. Najkrótsza spośród jego dzieł tego gatunku i odznaczająca się wewnętrzną harmonią, co skłania komentatorów do uznania jej za ukłon w stronę wiedeńskiego klasycyzmu w osobach Josepha Haydna i Mozarta. A może Mozartów. Dotyczy to zwłaszcza pierwszej części i otwierającego ją tematu, intonowanego przez flety i dzwonki przy saniach, a powracającego w czwartej, co kojarzyć się może z programowymi kompozycjami Leopolda Mozarta, ojca Wolfganga Amadeusa.
Mam na myśli Divertimento F-dur „Musikalische Schlittenfahrt” (Muzyczny kulig). Yoav Talmi przedstawił czytelną koncepcję interpretacyjną. Wyeksponował właśnie klasyczny wdzięk i lekkość brzmienia, przypisywane muzyce tamtych czasów, szczególnie w pierwszym ogniwie za sprawą zwiewnej artykulacji kwintetu smyczkowego i stopniowanej dynamiki. Przeszkadzał natomiast zbyt twardy tembr waltorni.

W Scherzu z charakterystyczną skordoraturą, czyli przestrojeniem skrzypiec o pół tonu wzwyż, brakło mi dźwiękowej grozy tego Tańca śmierci. Podobno inspiracji dla kompozytora dostarczyć miał Autoportret ze Śmiercią grającą na skrzypcach Arnolda Böcklina.

W finale, nawiązujący do głównego tematu refren przedzielają wokalne kuplety, w których wykorzystane zostały słowa pieśni Niebiańskie życie (das Himmlische Leben), zaczerpniętej ze zbioru anonimowej poezji niemieckiej, której antologia, wydana pod tytułem Cudowny róg chłopca (des Knaben Wunderhorn), stworzyła podwaliny pod tamtejszy Romantyzm. Ze szczególnym upodobaniem sięgał do niej Mahler (także w dwóch poprzednich symfoniach). Mimo naiwnej wizji zaświatów, kompozytor nadał jej formę przekomponowaną, różnicując zwrotki w zależności od ich treści. A zatem można się zastanawiać, czy taka muzyka będzie czekać na tych, którzy wierzą w ich istnienie? Nie miałbym nic przeciwko temu. W partii solowej ponownie wystąpiła Natalia Rubiś, śpiewając głosem o jasnej barwie i znacznej giętkości w zakresie podawania tekstu. Zarazem dokonało się przejście od elegijnej wymowy pierwszego utworu do pastoralnej tonacji drugiego.
Lesław Czapliński