W prologu do nowej inscenizacji Loterii na mężów, czyli narzeczonego nr 69 Karola Szymanowskiego na scenie Opery Krakowskiej w tle pojawia się on sam w postaci jednej ze swoich znanych fotografii, która ożywa i przemawia, albowiem za pomocą sztucznej inteligencji wygenerowano te wypowiedzi w oparciu o zachowane w archiwach nagrania głosu kompozytora.

Trochę dziwić może kariera tego marginalnego utworu, skomponowanego z wyrachowania, w celu odniesienia komercjalnego sukcesu. Jak to w życiu bywa, plany te spełzły na niczym i do wystawienia ostatecznie nie doszło. Prapremiera odbyła się prawie sto lat później pod kierownictwem muzycznym Piotra Sułkowskiego, sprawującego je również obecnie. Niestety, nie zachowały się mówione dialogi, a co za tym idzie zarys scenicznej intrygi. Wymyślił je wtedy Wojciech Graniczewski, a na potrzeby obecnej realizacji Wojciech Tomczyk.
Cztery lata później powstało nagranie samych numerów muzycznych pod dyrekcją Michała Klauzy i z udziałem między innymi Ewy Biegas, Urszuli Kryger, Anny Lubańskiej, Wiesława Ochmana, Rafała Bartmińskiego, Piotra Kusiewicza, Krzysztofa Szmyta, Marcina Bronikowskiego i Adama Kruszewskiego, a pięć lat temu ze studentami wrocławskiej Akademii Muzycznej wystawił operetkę Robert Skolmowski.
Można się zastanawiać, czy autorzy Loterii (Szymanowski i librecista Julian Krzewiński-Maszyński), umieszczając w podtytule cyfry 69, kierowali się równie frywolnymi pobudkami co Stefan Kisielewski, który pół wieku później do czasu, zanim nie doszło do skandalu, publikował w programach Filharmonii Krakowskiej komentarze pod pseudonimem dr J. E. Baka?
W przypadku przedstawienia w reżyserii Marcina Sławińskiego należało albo w pełni odtworzyć konwencje tego gatunku z całym jego boskim idiotyzmem, albo ująć w parodystyczny nawias, na przykład teatru w teatrze. W przeciwnym bowiem razie komizm nie zawsze bywa najwyższych lotów, bądź nie ma go wcale. Do najbardziej udanych należy trzeci akt, połączony z drugim. Nadano mu nokturnowy charakter, który to nastrój współtworzą: weduta południowego miasta w głębi (czyżby z ukochanej przez Szymanowskiego Sycylii) i niczym w Cyruliku sewilskim serenada odgrywana na jego wstępie. A także dominująca purpurowa tonacja kolorystyczna (dek. Natalia Kitamikado, reż. świateł - Ada Bystrzycka).
Trafionym pomysłem okazało się dodanie Sherlockowi Holmesowi do towarzystwa rywalizującego z nim Herculesa Poirot, choć, gdy powstawała Loteria na mężów jej twórcy nic nie mogli o nim wiedzieć, co więcej także sama Agatha Christie. Na dodatek śpiewa on „cienkim głosem” pieśń Druciarza, utrzymaną w rejestrze altowym. Oprócz loterii na mężów, istnieje jeszcze ta na obsady. Jaką się wylosuje, takie wynosi się potem wrażenie z przedstawienia.

Zrazu mogło się wydawać, że zaciągający „po wschodniemu” Impresario czyni aluzje do Grzegorza Fitelberga, przyjaciela Karola Szymanowskiego, który namówił go do napisania tej operetki, a po drugiej wojnie dyrygującego jej fragmentami. Faktycznie jednak okazało się to naturalne, bo mamy do czynienia ze Stepanem Drobitem, ukraińskim artystą, a więc pochodzącym z rodzinnych stron kompozytora. Spośród solistów na pierwszy plan niewątpliwie wysunął się Tomasz Kuk jako Tobiasz Helgoland.

Mocny tenor o pewnej intonacji dostarcza publiczności znacznej satysfakcji, mimo względnie niedużej partii wokalnej. W zabawnych kupletach z przysłowiami jedno przywołane zostaje nie w oryginalnej postaci, lecz w przewrotnej parafrazie Witkacego, że „nie ma niczego złego, co by na gorsze nie wyszło”. Obiecująco zaprezentował się Adrian Domarecki jako Darly, sceniczny syn wspomnianego poprzednio artysty, również śpiewający tenorem, tyle że jego lżejszą odmianą. „Rozsadza” go młodzieńczy temperament, w związku z czym wyposażył odtwarzaną postać znaczną dozą scenicznego nerwu. Poza tym dysponuje szlachetnym, dźwięcznym głosem o jasnym zabarwieniu, przydającym wykonywanemu walcowi znacznego blasku.
Jedynie pewnego dopracowania wymagałaby artykulacja najwyższych tonów. Z satysfakcją obserwuję rozwój tego śpiewaka od studenckiego jeszcze debiutu w roli Mozarta w poświęconej mu operze Nikołaja Rimskiego-Korsakowa. W rytmie walca utrzymana jest i wcześniejsza aria Panny Huck, która znalazła godną odtwórczynię w osobie Justyny Bluj, której sopran, naturalne warunki wokalne w połączeniu z wyrównaną emisją przynoszą korzystne rezultaty artystyczne.
Charakterystyczną postać Pani Troodwood z powodzeniem stworzyła Magdalena Barylak. A jedna ze scen zespołowych z udziałem Klubu Wesołych Wdowców toczy się przy dźwiękach modnego naonczas cake-walka, którym Zbyszko Dulski tak zgorszył swoją matkę.
Do ciekawszych numerów należą: aria o wyraźnie orientalnym zabarwieniu melodycznym i instrumentacyjnym, mimo że odnosi się do indiańskiego wodza, a więc Dzikiego Zachodu, zabawne kuplety Sherlocka Holmesa, które zabrzmiały z właściwą im parodystyczną grozą w zgrabnym ujęciu Piotra Maciejowskiego, a ich efekt uległ wzmocnieniu dzięki humorystycznym rozwiązaniom reżyserskim, oraz pieśń wspomnianego Druciarza. Udzielający mu głosu Jakub Foltak nie ma sobie równych (inne role obsadzone zostały przez kilku odtwórców), skoro występuje we wszystkich prezentowanych obecnie przedstawieniach, podobnie jak prowadzący je od pulpitu dyrygenckiego Miłosz Korpol, w tym sezonie z cudzoziemska nazywany rezydentem, a kiedyś obdarzono by go mianem po prostu asystenta. A co o tym wszystkim myślałby sam Szymanowski, gdyby na koniec znów przemówiło jego zdjęcie?
Lesław Czapliński