To właściwie nie była opera, ale religijno–filozoficzne oratorium, któremu w historii muzyki nadano nazwę sacra rappresentazione, czyli przedstawienie sakralne, spektakl teatralny o tematyce religijnej. Nie ma tutaj wyraźnie zarysowanej akcji, ale powolne i pogłębiane stopniowo rozważania o naturze ludzkiej, boskiej, o grzechu, o cnocie.
Nieustannie przywołuje się abstrakty dobra i zła, zestawia się je ze sobą na zasadzie przeciwności i, co może budzić sprzeciw, równowagi. Tzn. dobra w stworzeniu jest tyle samo ile zła. Kompozytor Krzysztof Penderecki otoczył muzyką poetyckie strofy zawarte w poemacie epickim Johna Miltona, XVII-wiecznego poety, który starał się nawiązać do wielkich eposów europejskich, Iliady, Odysei, Eneidy. Ale ponieważ wyszedł od Biblii był skrępowany etycznie i obyczajowo. W efekcie rola kobiety, biblijnej Ewy, sprowadzona jest do roli postaci wtórnej i zagrażającej szczęściu. Libretto i muzyka to jedno, natomiast inscenizacja teatralna i wyrazowa Michała Znanieckiego stworzona dla premiery w Teatrze Wielkim w Łodzi prowadzi naszą wyobraźnię w kierunku apokaliptycznym.
Tutaj nawet pobyt w Raju napiętnowany jest okrutnym wyrokiem ciążącym na grzesznej parze. W tle sceny oglądamy ruiny zbombardowanych budowli, także roje wystrzeliwanych pocisków na tle czerwieni pożarów. Jest źle, tragicznie i mrocznie. Ani razu w Raju nie wyjdzie słońce.

Ani Piekło nie wygląda zachęcająco, ani Niebo czy też Raj, bohaterowie ziemscy są nędzarzami poubieranymi w strzępy kostiumów. Postacie astralne, Anioły i Diabły dla odróżnienia od siebie, w bieli i odcieniach czerni. Śmierć ma ogromny czerep złożony z setek guzów zaś Grzech głowę Meduzy.
Życie po wypędzeniu z Raju toczy się za kratami, czyli w więzieniu. Uzupełniającą rolę spełniają tancerze, oni towarzyszą sekwencjom instrumentalnym, ale także dublują parę głównych bohaterów, Adama i Ewę, w stylu znanym z malarstwa barokowego. Choreografia dla corps de ballet wygląda z kolei tak, jakby inspirowała się obrazami Jacka Malczewskiego. Ergo – zespół realizatorów tworzący przedstawienie, scenograf Luigi Scoglio, autorka kostiumów Małgorzata Słoniowska, choreograf i autor wideo Grzegorz Pańtak, podporządkowali się tej mrocznej, apokaliptycznej wizji Michała Znanieckiego, ze wszystkimi jego symbolami ukrytymi w wyglądzie, gestach i dekoracjach.
Mimo tej potwornej oprawy przedstawienie jest atrakcyjne wizualnie, chociaż dosyć ciężkawe wyrazowo. Jeden ze znakomitych znawców przedmiotu powiedział o nim: piła. Myślę, że jednak przesadził, bo to przede wszystkim ogromny kawał znakomitej muzyki, jakże charakterystycznej dla Krzysztofa Pendereckiego, pełnej jego idiomatycznych zwrotów melodyczno-harmonicznych, tych pochodów półtonowych w górę i w dół, ale także nawiązań do muzyki europejskiej, czystych akordów w finale na zakończenie i łatwo wyczuwalnych cytatów.

W Raju utraconym jest dosłowny i niemal pełny chorał z Bachowskiej Pasji wg Świętego Jana O grosse Lieb, śpiewany przez chór po niemiecku, choć całość partii wokalnych jest śpiewana w języku angielskim, zaś fragmenty mówione przez narratora – Miltona i przez Boga podawane są po polsku.
Mamy tu także sekwencję z XIV-wiecznym motywem Dies Irae z Mszy za zmarłych. Trzeba przyznać, że bogata instrumentacja dzieła, jego liczne harmoniczne i melodyczne komplikacje, a także długość dwuaktowego spektaklu stanowiły z pewnością ogromne wyzwanie dla wykonawców.

Sprostał mu kierownik muzyczny Rafał Janiak prowadzący dobrze przygotowanych: orkiestrę i chór, a przede wszystkim soliści, w tym para głównych śpiewaków Mariusz Godlewski oraz Joanna Freszel, którzy prócz wyczerpujących działań aktorskich – Ewa musiała grać kobietę starą, słabą i chorą, która porusza się z trudem i która nawet jeśliby chciała, nie byłaby w stanie fizycznie ani psychicznie popełnić Grzechu Pierworodnego.

Zgarbiony Adam także nie przedstawiał się zbyt imponująco. Trochę tylko narzekał na swą małżonkę, a ona zapewniała go o żarliwej miłości. Przy całej okropności i opresyjności sceny w Raju najmniej niepokojąco i całkiem niewinnie wyglądał wąż-kusiciel, który okazał się jedynie świecącą mozaiką na murze. Warto wspomnieć o bardzo rozbudowanej obsadzie wokalistów. Poza parą Pierwszych Rodziców wyróżnili się Szatan Barłomiej Misiuda, który całą partię zaśpiewał wyrównanym, dobrze postawionym głosem, choć nie wyróżniał się zbytnią demonicznością.
Z jego czterech pomocników – Belzebub, Moloch, Belial, Mammon wyróżnił się tubalnym, choć niezbyt pięknym basem Rafał Pikała. W grupie niebiańskiej wyrazistą solówką zaprezentował się Wołodymir Pankiv jako Chrystus wyglądający tak, jak go zobaczyła Siostra Faustyna, ale głosowo nie potrafił się zgrabnie wynieść na wysoką pozycję. W komplecie aniołów najlepiej wypadli tenorzy Paweł Skałuba i Aleksander Kunach.

Do bardzo przyzwoicie zaśpiewanych partii należy też zaliczyć kontratenora Jana Jakuba Monowida, kreującego postać Śmierci i Agnieszkę Makówkę jako uosobienie Grzechu. To co mi się niespecjalnie podobało, to ogólnie antyfeministyczny wydźwięk przedstawienia, a także scena, kiedy Ewa, a za nią Adam i roje innych kobiet, po zakosztowaniu toksycznego jabłka ściągają z Drzewa Wiadomości Dobrego i Złego rosnące także na nim stare książki, z których po prostu wyrywają kartki i też zjadają.

Reżyser na bankiecie po spektaklu tłumaczył scenę tym, że ludzie pragną też wiedzy i chętnie ją pochłaniają, ale nie zwrócił uwagi, że przy katastrofalnym stanie czytelnictwa w Polsce nie będzie to jednak zachętą do czytania książek, czy choćby szacunku dla księgozbiorów. Warto dodać, że wydarzeniem towarzyszącym jest wystawa zdjęć autorstwa Juliusza Multarzyńskiego pt. Opery, balety… Krzysztofa Pendereckiego. Ponad 70 znakomitych kolorowych fotogramów dokumentuje obecność muzyki naszego twórcy na polskich scenach.
Joanna Tumiłowicz