Przegląd nowości

„Sen” Słowackiego z muzyką i obrazem

Opublikowano: środa, 15, listopad 2023 20:27

Jeśli przedstawienie Snu srebrnego Salomei w wykonaniu Teatru im. Heleny Modrzejewskiej z Legnicy nazwiemy skromnym, ubogim, zbliżonym do konwencji próby z czytaniem performatywnym, to wyrządzimy krzywdę wszystkim, reżyserowi, aktorom i autorom oprawy scenograficznej oraz muzycznej. Mamy bowiem do czynienia z pełnokrwistym teatrem, w którym na czoło wybija się tekst Juliusza Słowackiego i niezwykle wyrazista, brana pod lupę w zbliżeniach prawie telewizyjnych gra aktorska.

 

Sen Salomei 1

 

Ale naszą wyobraźnię pobudzają jeszcze dodatkowo rzucane na wielki ekran klimatyczne obrazy oddające atmosferę miejsc i sytuacji scenicznych, a także nie mniej sugestywna muzyka balansująca pomiędzy wykorzystującymi dudnienia i szumy samplowane z taśmy, ale także wykonywane na żywo quasi cerkiewno-etniczne pienia kobiece. Ostatnie zaś strofy poetyckie wieszcza z Krzemieńca włożone w usta legendarnego Wernyhory, stały się uderzającą jak grom w uszy publiczności kantatą zapowiadającą jakby odrodzenie się Ukrainy w przyszłości. Tak przebiega dramat miłosno-historyczny Juliusza Słowackiego, w którego tytule znalazło się imię matki poety. Musiał więc autor przywiązywać do postaci młodej dziewczyny Salomei Gruszczyńskiej i do jej srebrnych snów, specjalne znaczenie. To jednak tylko część przekazu dramatycznego odnoszącego się do tragedii miłosnej Polki i Kozaka, a więc Ukraińca. Drugą połowę przebiegu akcji teatralnej wypełnia rys historyczny dziejów polskich kresów jeszcze przed pierwszym rozbiorem naszych ziem.


Słowacki zabiera głos w sprawie wydarzeń rozgrywających się niemal pół wieku przed jego urodzeniem. Możni posiadacze ziemscy mają wojsko, pieniądze, pałace, ale także niczym nie zmąconą pogardę dla chłopstwa, tutaj ludności pochodzenia ukraińskiego. Nie zamierzają się liczyć z ich nadziejami, pretensjami, uczuciami, ale także kulturą i religią.

 

Sen Salomei 2

 

Podporządkowanymi i służącymi im wiernie pomiatają nieco mniej niż ciemnymi mieszkańcami wsi, ale i tak na każdym kroku udowadniają swoją wyższość. Miłość Semenki – świetna rola Mateusza Krzyka – do wyżej urodzonej Salomei – tu oglądamy kruchą i delikatną Magdę Biegańską – może być co najwyżej wykorzystana instrumentalnie, by pozbyć się kłopotu, bo panicz zrobił dziecko panience, a powinien poślubić Księżnę Wiśniowiecką – cudownie arystokratyczną Gabrielę Fabian. Szekspir ubrałby taką sytuację w dekoracje do Romea i Julii, albo obrócił w jakąś komedię. Słowacki biczuje natomiast przedstawicieli własnego narodu i swojej klasy społecznej, a ponieważ Polski już formalnie nie ma, więc emigruje, by z daleka prowadzić walkę o ojczyznę wytykając m.in. błędy z przeszłości. Tak przynajmniej przedstawia się spektakl wyreżyserowany przez Piotra Cieplaka. W świetnie dobranej obsadzie legnickich aktorów najmiej przekonująco wypada synalek Regimentarza – Leon, zwany też nieco ironicznie Lwem (Bartosz Bulanda), ale to on ma być odpowiednikiem programowo pogardzanego Zbyszka z Moralności Pani Dulskiej. Tak wygląda ewolucja typowej afery „z wyższych sfer” po około 200 latach.


Jednak podstawową dla nas tu i teraz sprawą są stosunki polsko-ukraińskie w końcówce XVIII wieku, w wieku XIX, potem wiek XX (tragedia wołyńska i Akcja Wisła) i wreszcie wiek XXI, czyli to co mamy dziś. I o tym także pomyślał przygotowujący Sen srebrny Piotr Cieplak. Wspomnieliśmy o wizualnej podpórce minimalistycznej scenografii (stół i dwa krzesła), która staje się przedpolem do projekcji wspaniale dobranych slajdów.

 

Sen Salomei 3

 

Gdy rzecz się dzieje w pałacu regimantarza tłem staje się bogate we wzory obicie ścian przetykaną złotem tkaniną. Gdy akcja wychodzi w pole, czy do lasu, to na ekranie pojawiają się stylizowane pnie drzew. A gdy mowa o krwawej rzezi, z pomiędzy drzew wyłażą czerwone języki płomieni. O ile pałacowy kobierzec jest wręcz realistyczny, to dalsze obrazy chylą się ku abstrakcji, jednak przedpole wydarzeń nie zieje pustką, lecz stanowi subtelny kontrapunkt. Tak samo jak muzyka w wykonaniu wspaniałych Popadianek – Joanny Gonschorek i Zuzy Motorniuk – które w zaciemnionej scenie przeistaczają się w kozackiego lirnika i ludowego proroka Wernyhorę. Obie panie proponują uproszczoną dwugłosowość, bo śpiewają w oktawach i lądują na kwincie. Ciągną też sobie cichutko, przy skromnym akompaniamencie niby bandury jakąś ludową piosenkę, by w finale, już do solidnych mikrofonów ryknąć słowami Wernyhory-Słowackiego – Przyjdę! powtarzane wiele razy, ale po ukraińsku Pryydu!!!, co brzmi niespecjalnie zachęcająco, może nawet tragicznie, choć powinno być pojednawcze. Spektakl Teatru z Legnicy objechał już całą Polskę, zdobył nagrodę na Konkursie „Klasyka żywa", a zagościł również w Rzeszowie.

                                                                 Joanna Tumiłowicz