Już od wielu lat dysponująca dwiema placówkami (w Antwerpii i Gandawie) Opera Ballet Vlaanderen cieszy się dużym prestiżem za sprawą ciekawego i odważnie planowanego repertuaru oraz wysokiego poziomu prezentowanych realizacji. Przyciągającym belgijską i zagraniczną publiczność atutem tej placówki jest też sięganie po mało znane lub rzadko wystawiane dzieła. Jak jednak przyznaje Jan Vandenhouwe, dyrektor rzeczonego teatru, już od dawna na jego scenie nie pojawiła sie żadna operetka. Prawdą jest, że wiele osób krytykuje ten gatunek za banalne libretta i nie zawsze wysokich lotów walory muzyczne, czego wszakże nie można w żadnym wypadku zarzucić Zemście nietoperza (Die Fledermaus) Johanna Straussa – syna, zaprogramowanej teraz właśnie w przywołanej placówce.
Przypomnijmy, że operetka ta powstała do libretta Richarda Genée i Karla Haffnera, wywiedzionego z austriackiej sztuki Rodericha Benedixa Das Gefängnis (Więzienie), zaadoptowanej jeszcze w międzyczasie przez Henri Meilhaca i Ludovika Halévy’ego dla paryskiego teatru Palais Royal pod tytułem Le Réveillon (Bal sylwestrowy). Partytura powstała w zawrotnym tempie, gdyż w zaledwie czterdzieści dwa dni, a prapremiera w 1874 roku w Theater an der Wien przyniosła godny uznania sukces. Dosyć szybko owa trzyaktowa operetka Straussa rozpoczęła marsz triumfalny poprzez takie miasta jak Berlin, Budapeszt, Nowy Jork, Londyn czy Paryż (w którym wystawiono wersję Delacoura i Wildera zaopatrzoną tytułem La Tzigane). Dodajmy jeszcze, że w Warszawie została zaprezentowana w roku 1877 pod tytułem Ładne kobietki. O oszałamiającej karierze Zemsty nietoperza, tradycyjnie chętnie wystawianej z okazji Nowego Roku, świadczą już same nazwiska interesujących się nią wybitnych artystów. Nagrał ją na przykład Herbert von Karajan, a oprócz niego poprowadzili także Ryszard Strauss (Berlin i Wiedeń), Bruno Walter (Covent Garden i Festiwal w Salzburgu), a później Carlos Kleiber (Monachium) czy Mścisław Rostropowicz (Wiedeń). Zaś główne role z upodobaniem wykonywali najznakomitsi wokaliści, z naszą gwiazdą sztuki operowej Marcellą Sembrich-Kochańską w partii Rozalindy na czele.
Słusznie bowiem wspomniany Jan Vandehouwe przypomina o tym, że bogactwem melodycznym, rytmiczną witalnością i wyrafinową orkiestracją Johanna Straussa zachwycali się nawet tacy kompozytorzy jak Johannes Brahms, Maurice Ravel czy György Ligeti. I tylko szkoda, że niektórzy ze współczesnych reżyserów, sięgających po partyturę Zemsty nietoperza, próbują na siłę wypełnić ją kompletnie obcymi jej lekiemu klimatowi i rozrywkowemu charakterowi treściami. Najbardziej drastyczne przykłady takich wątpliwych działań przytacza w swoim operowym przewodniku Piotr Kamiński.
Wspomina w nim na przykład paryską inscenizację Coline Serreau (2000), w której „goście Orłowskiego tańczyli na parkiecie zdobnym w Gwiazdę Dawida, układając się z gracją w choreograficzną figurę w kształcie swastyki”. Piętnuje też zaprezentowaną rok później na Festiwalu w Salzburgu realizację Hansa Neuenfelsa, który „ubrał Eisenteina w mundur Göringa (nie licząc innych atrakcji), dopisując utworowi godzinę pretensjonalnego gadulstwa”. W tym kontekście decyzja dyrektora Opery w Antwerpii zaproponowania publiczności wersji koncertowej operetki Straussa, wydająca się być może w pierwszym momencie dość dziwną inicjatywą, okazała się w rezultacie pomysłem interesującym i artystycznie uzasadnionym. Oto bowiem pozbawione rozpraszających uwagę działań scenicznych wykonanie pozwoliło w pełni delektować się wymienionymi wyżej, a nie zawsze wystarczająco dostrzeganymi walorami muzycznymi rzeczonej pozycji. Przede wszystkim przeniesienie Orkiestry Symfonicznej Opera Ballet Vlaanderen z kanału na scenę umożliwiło docenienie bezpośredniego, selektywnego i zróżnicowanego kolorystycznie dźwięku wszystkich grup intrumentalnych, czarujących pastelowym brzmieniem i wyważonymi proporcjami barw. Ekspresyjna i komunikatywna interpretacja belgijskich instrumentalistów pod batutą Alexandra Joela porywała radością grania, swobodą w solistycznych partiach i artykulacyjną pewnością. Ich pełne żywiołowości i nagłych przyspieszeń muzykowanie emanowało fantazją i wyrafinowaniem, zwinnymi rytmami i śpiewnymi partiami skrzypiec, sprężystością i komicznymi akcentami.
Dyrygent, prowadzący z temperamentem - a zarazem precyzyjnie - niezwykle zaangażowaną orkiestrę, nieustannie podsycał niegasnący żar całego wykonania, pozwalając - zgodnie z zamierzeniem kompozytora - następującym po sobie w tej operetce walcom, polkom, mazurkom i czardaszom skutecznie budować humorystyczną akcję teatralną. Zresztą już sam widok spontanicznie podrygującego na podium dyrygenckim Joela stanowił rodzaj swoistego spektaklu.

Chociaż mieliśmy tu do czynienia z wersją koncertową operetki Straussa, to przemieszczający się z przodu sceny soliści wchodzili ze sobą w zabawne interakcje. Pomysłowo ustawił je reżyser Tom Goossens, który również wziął na siebie zadanie zredagowania wstawionych do spektaklu dowcipnych tekstów, chętnie nawiązujących do - na ogół politycznych - aktualności. W celu wciągnięcia do zabawy szczelnie wypełniających widownię słuchaczy, niektórzy z solistów przemieszczali się pomiędzy rzędami, odgrywali komiczne scenki z udziałem dyrygenta lub krążyli pomiędzy instrumentalistami. To wszystko było zaś możliwe dzięki aktorskiej sprawności i zaraźliwej vis comica prezentującej wysoki poziom wokalny obsadzie śpiewaków, wśród których nie było żadnego słabszego ogniwa. Szczególnie przypadły mi do gustu żeńskie głosy sopranistek Marii Chabounii (Adela) i Cateriny Marchesini (Rozalinda), którym zniewalająco partnerowali dysponujący ciepłym i lirycznym tenorem David Kerber (Alfred) i baryton Christoph Strehl (Gabriel von Eisenstein). W postać Franka, dyrektora miejskich kazamatów, z powodzeniem wcielił się baryton Kris Belligh, a jako doktor Falke bez zarzutu sprawdził się Wolfgang Stefan Schwaiger. W roli księcia Orłowskiego talentem błysnęła Lotte Verstaen, a obok niej uwagę przykuwali także Sarah Yang (Ida) i tenor Maxime Melnik (doktor Blind). Salwy śmiechu wzniecała też na sali każda interwencja aktora Ewouta Lehoucqa, swoistego spiritus movens całego przedsięwzięcia, a towarzyszyła mu jeszcze dwójka aktorów w osobach Mitcha Van Landeghema i Tanii Van der Sanden. Ten wciągający bez reszty publiczność „wir” muzyczno-aktorski, przeplatający znane wszystkim arie, duety i sceny zbiorowe (z udziałem świetnie przygotowanego przez Jana Schweigera chóru), został w finale nagrodzony standing ovation.
Leszek Bernat