Koncert jubileuszowy na 70-lecie Chóru Filharmonii Narodowej stał się dzięki fantazyjnej aranżacji także uroczystym spektaklem teatralno-emocjonalnym. Szef chóru, dyrektor i dyrygent Bartosz Michałowski wykorzystał wszystkie dostępne narzędzia estrady koncertowej: światła, przestrzeń, ruch, gesty, oczywiście bez żenującej przesady widowisk rozrywkowych, bez mrugających lampek, świetlnych kul dyskotekowych i krzykliwych kostiumów.

To był wciąż koncert muzyki, którą tradycyjnie nazywamy poważną, a specjalne okoliczności i ważne rocznice tylko dodawały skrzydeł wykonawcom i pomysłodawcom. Bo nie od rzeczy jest wspomnieć, że idea jubileuszowego występu natrafiła na tegoroczne okazje związane z rocznicowymi wydarzeniami dotyczącymi najważniejszych twórców polskiej muzyki, Witolda Lutosławskiego – 110 urodziny, Krzysztofa Pendereckiego i Henryka Mikołaja Góreckiego – 90 urodziny, oraz Wojciecha Kilara – 10 rocznica śmierci.

Nie przypadkowo też, w związku z naszymi myślami kierowanymi jakby nie było ku wieczności, przeważająca część wykonywanej, a właściwie śpiewanej muzyki, należała do nurtu sakralnego. A zaczęło się od mormoranda części zespołu umieszczonej na balkonie sali filharmonicznej stanowiącego wstęp do ludowej pieśni Zachodzi słoneczko Witolda Lutosławskiego w opracowaniu Pawła Łukaszewskiego. Kompozycją zadyrygowała Justyna Pakulak, a światła w sali delikatnie stopniowo przygasały.
Ten wizualny trick wykorzystano jako klamrę zamykającą podczas ostatniego utworu pierwszej części występu, którą stanowiło Agnus Dei Wojciecha Kilara, zaś znaczącą rundę śpiewając i krocząc wzdłuż filharmonicznej widowni wykonała sopranistka Magdalena Schabowska.

Warto powiedzieć, że cała pierwsza cześć koncertu złożona z 10 kompozycji a’capella różnych autorów przebiegała attacca, bez zatrzymywania się i oklasków, co sprawiało trochę niesamowite wrażenie uczestniczenia w jakimś szczególnie zróżnicowanym misterium etniczno-religijnym, zróżnicowanym szczególnie jeśli wziąć pod uwagę środki wyrazu muzycznego, artykulację, melodykę, harmonikę, stylistykę, od niemal postromantycznej po awangardową i modernistyczną. Chórzyści dokonywali przegrupowań, wyodrębnieni z zespołu soliści rozmieszczeni na balkonach włączali się w określonych miejscach wraz z resztą śpiewaków. W programie pierwszej części wysłuchaliśmy transkrypcji ludowych melodii Kazimierza Serockiego i Henryka Mikołaja Góreckiego. Były one przemieszane z wyraźnie eksperymentującymi fragmentami większych kompozycji Andrzej Koszewskiego dedykowanymi Mikołajowi Kopernikowi (Kantata Nicolao Copernico dedicatum).
Reperkusje wynikające z urzeczenia Pieśniami Kurpiowskimi Karola Szymanowskiego wchodziły więc w koegzystencję z niekiedy szalonymi zestawieniami dźwięków, które do partytur chóralnych wprowadził Koszewski. I to jeszcze wzbogacone zostało 6-minutowym Madrygałem Romana Haubenstock-Ramatiego, w którym członkowie zespołu musieli szeptać, syczeć, a nawet wypowiadać luźne samogłoski i spółgłoskę „m".

Wszystko było zaśpiewane bardzo dobrą, brzmiącą emisją, bez jakichkolwiek zawahań intonacyjnych. Chórzyści prawie nie korzystali z kamertonów, cały ten zróżnicowany bagaż muzyczny tworzył wspaniałą mozaikę możliwości twórczych polskiej chóralistyki XX wieku w najlepszym z możliwych wykonań. Mieliśmy więc prawdziwy popis profesjonalizmu, wyobraźni muzycznej (oraz scenicznej) i perfekcji wykonawczej. W drugiej części koncertu usłyszeliśmy zestaw kompozycji chóralnych z udziałem instrumentów, w czym dopomogli muzycy orkiestry Filharmonii Narodowej, pianiści, perkusiści, kontrabasista, a w końcówce także organista.
Nie zabrakło oczywiście solistycznych popisów śpiewaczych, wśród których znaczącą rolę powierzono Barbarze Szczerbaczewicz w kończącej koncert kantacie Laudate si’, mi Signore Mikołaja Piotra Góreckiego, syna kompozytora Henryka Góreckiego, tegorocznego jubilata.

W programie drugiej części koncertu zwróciliśmy się do dorobku chóralnego Krzysztofa Pendereckiego (w tym słynnego Agnus Dei z Polskiego Requiem), usłyszeliśmy dosyć tradycyjne Crucem tuam adoramus, Domine ze zbioru Dwa Motety Wielkopostne na chór mieszany a’capella Pawła Łukaszewskiego, a także minimalistyczne Dona nobis pacem Wojciecha Kilara z Missa pro pace, utworu dedykowanego Filharmonii Narodowej, a zakończyła wieczór rozbudowana, wokalno-instrumentalna kantata Laudate si’, mi Signore sięgająca do XIII-wiecznego tekstu opiewającego Św. Franciszka, wychwalającego piękno i dobro Boga obecne w dziele stworzenia. Utwór w swym dźwiękowym zarysie wychodzący ze świata brzmieniowego Carminy burana Carla Orffa był prawykonaniem tegorocznego zamówienia kompozytorskiego Filharmonii Narodowej.
Warto też wspomnieć o bardzo ciekawej kompozycji quasi-chóralnej, bowiem nie wykorzystującej klasycznych głosów śpiewaków, a jedynie rozmaite efekty głosopodobne, którą stworzył Paweł Szymański. Jego Lux aeterna, z tekstem pochodzącym z Mszału Rzymskiego była przykładem użycia autorskiej techniki kompozytorskiej znanej pod nazwą surkonwencjonalizmu.

W tym utworze poza kameralnym zespołem wokalistów brały też udział czelesta, wibrafon, fortepian i harfa. Tutaj już zrezygnowano z wykonywania utworów attaca, było więc miejsce ma oklaski i na gratulacje złożone przez Pawła Szymańskiego dyrygentowi Bartoszowi Michałowskiemu. Na bankiecie po tym jubileuszowym koncercie pojawili się prócz wykonawców także zaproszeni byli członkowie Chóru Filharmonii Narodowej dostarczający swoich głosów, tak jak i niżej podpisana, przez wiele lat sięgając wstecz. Pojawił się też wyróżniający się wzrostem kompozytor Krzesimir Dębski, który zdradził zebranym, że skomponował także sporo muzyki na chór, choć koncert jubileuszowy tego nie uwzględnił.
Joanna Tumiłowicz