Tym auftaktem była sceniczna premiera musicalu Kopernik 1 października, w Światowym Dniu Muzyki. Dwa tygodnie później przyszedł czas na koncert inauguracyjny, który miał dać wyobrażenie o zainicjowanym sezonie Opery Krakowskiej, w następnym roku obchodzącej swoje siedemdziesięciolecie. Po pierwszej części, rozpoczętej precyzyjnie odegraną uwerturą do Nabuchodonozora Giuseppe Verdiego doszedłem do wniosku, iż może lepiej byłoby, gdyby orkiestra zaprezentowała się w symfonicznym repertuarze, ćwicząc zarazem swoje umiejętności. Albowiem większość przedstawionych w niej numerów wokalnych, zwłaszcza belcantowych, niezbyt odpowiadała głosom występujących śpiewaków lub na obecnym etapie ich artystycznego rozwoju i kariery.
Kawatyna Casta diva z Normy w wykonaniu Maritiny Tampakopoulis nie wytrzymywała porównania z kreacją w tej partii Katarzyny Oleś-Blachy w najlepszym czasie dla tamtej śpiewaczki. Wrażenia nie poprawiały nieporadne zapowiedzi ze strony Krzysztofa Korwin-Piotrowskiego z fundacji Bogusława Kaczyńskiego, idącego w ślady patrona pod względem przesadnej emfazy, kiedy wszystko jest nadzwyczajne, wspaniałe i rewelacyjne.

Poza tym nie rozumiem potrzeby prelekcji na miarę prowincjonalnego domu kultury w ośrodku sztuki o tak długiej tradycji jak Kraków i tak szacownej instytucji jak Opera Krakowska. Przecież czegoś takiego nie praktykuje się w Lyonie, Mediolanie czy Norymberdze, z którą podwawelski gród tworzy zresztą parę miast partnerskich. Druga część stała pod znakiem weryzmu, lepiej odpowiadającego predyspozycjom uczestniczących w niej artystów. W jego estetyce dopuszczalna jest bowiem nadmierna dynamika (jego przeciwnicy obdarzali nawet dzieła tego kierunku mianem „oper krzyku”, a faktycznie były one odpowiedzią na stylistykę i szkołę śpiewu Wagnera) oraz posługiwanie się wibratem.
Wspomniana Maritina Tampakopoulos z prawdziwie dramatycznym zacięciem wykonała arię tytułowej Adrianny Lecouvreur Io son l'umile ancella z opery Francesca Cilei, a znaczną wrażliwością i dozą wyrazu odznaczała się w jej ujęciu aria Toski Vissi d'arte, vissi d'amore. W śpiewie greckiej artystki można było podziwiać umiejętne wykorzystywanie dla celów ekspresyjnych środka technicznego zwanego fil di voce czyli ściszania.

Iwona Socha niebawem obejmie partię Cho-Cho-San w od lat obecnym w repertuarze przedstawieniu Madama Butterfly Giacomo Pucciniego. Obiecująco i ujmująco zabrzmiała w jej interpretacji aria Un bel di vedremo, w której można było podziwiać zarówno szlachetne brzmienie głosu w kantylenie, jak i operowanie barwą oraz paletą odcieni dynamicznych, budzących w słuchaczu niekłamane wzruszenie.

Z tym większą niecierpliwością oczekiwać się będzie całościowego występu śpiewaczki w tym dziele. Naturalnej barwie głosu Jarosława Bieleckiego zdecydowanie lepiej odpowiadała aria Don Ottavia Dalla sua pace z Mozartowskiego Don Giovanniego. Muszę natomiast przyznać, iż nieszczególnie przekonał mnie do siebie Szymon Komasa. Niewątpliwie dysponuje wartościowym materiałem głosowym, dobrze ustawionym barytonem i znacznym doświadczeniem, nabytym na międzynarodowych scenach. Zaprezentowane interpretacje nie wznosiły się wszakże ponad pewną rutynę wokalną, a nadmierne ogrywanie sytuacji zawartych w tekście, zwłaszcza w ramach koncertu, budzić może podejrzenie, że ma coś ukryć. Poza tym konieczne są jeszcze odpowiednie warunki zewnętrzne, by takie zachowanie przydało występowi wdzięku, oczekiwanego i nieodzownego na przykład w arii Figara Largo al factotum z Cyrulika sewilskiego Gioacchino Rossiniego.
Od koncertu inauguracyjnego oczekiwałoby się muzycznych anonsów przedsięwzięć nadchodzącego sezonu. Za takowy uznać można wspomnianą uwerturę do Nabuchodonozora, którego premierę zapowiedziano na wiosnę przyszłego roku, zarazem jednak wypadła z programu pierwotnie zaplanowana aria Abigail Anch'io dischiuso. Również zaprezentowane fragmenty Carmen Georges’a Bizeta potraktować można za zwiastun widowiska baletowego osnutego wokół tej mitycznej postaci kultury, choć oprawa muzyczna nie ma pochodzić ze słynnej opery jej poświęconej, ale realizatorzy nie chcą na razie zdradzić bliższych szczegółów w tym względzie.

Szkoda, że nie zdecydowano się na przedstawienie wyjątków z Loterii na mężów, operetki Karola Szymanowskiego, której prapremiera odbyła się w Operze Krakowskiej właśnie pod kierownictwem Piotra Sułkowskiego w 2007 roku, a jej wznowienie z nowym librettem i w nowej inscenizacji odbyło się gościnnie w lipcu na scenie Opery Bałtyckiej w Gdańsku, a w Krakowie zobaczymy je 18 listopada.

Można też było sięgnąć po fragmenty Strasznego dworu, skoro artyści Opery Krakowskiej: Iwona Socha, Tomasz Kuk, Adam Szerszeń i Adam Sobierajski przed miesiącem wzięli udział w wystawieniu tego dzieła w Sewilli jako la Mansión embrujada. Opera Krakowska i jej dyrekcja pilnie potrzebuje spektakularnego wydarzenia. Czy będzie nim powracający do kalendarza Letni Festiwal, tym razem jubileuszowy skoro dwudziesty piąty, w ramach którego można by przyłączyć się do poznańskiej inicjatywy doprowadzenia do prapremiery opery Aleksandra Nowaka Nazywam się czerwień do libretta według powieści tureckiego Noblisty Orhana Pamuka, udaremnionej w ubiegłym roku ze względów finansowych? A zatem duże oczekiwania wiążą się z rozpoczętym właśnie sezonem?
Lesław Czapliński