Maria Sartova, która wyreżyserowała operę Vivaldiego Judyta triumfująca, a także Emil Wesołowski odpowiedzialny za ruch sceniczny, wykazali się nadmierną drobiazgowością w ukazywaniu na scenie okrucieństwa, przemocy i wyolbrzymionej gorliwości oprawców np. w pałowaniu ofiar dla samej przyjemności, szarpaniu, potrącaniu, kopaniu, straszeniu dzieci, strzelaniu w głowę z pistoletu, a po uczciwie wykonanej pracy wdychaniu prochów, paleniu trawki, raczeniu się alkoholem i wymiotowaniu.
Ukazali w pigułce niemal cały holokaust włącznie ze słupami ogrodzenia w Auschwitz, ale przy Holofernesie jakoś osłabli. Ich Judyta wykonała niezobowiązujący ruch nożem i już po chwili wyciągnęła głowę kochanka, jak kurczaka opakowaną w folię. To w sumie jedyny zarzut do stylu inscenizacji tej biblijnej opowieści, której akcja częściowo, połowicznie została przeniesiona do czasów II Wojny Światowej.
Bo ten Holofernes przyzwoicie, choć nie zachwycająco, śpiewany przez czeskiego barytona Michala Marcholda, w pierwszej części miał mundur przypominający SS-mana, zaś w scenie miłosnej występuje w czerwonej tunice z przepaską na czole. Tutaj już historyczna trampolina okazała się niepotrzebna, ale jeszcze w finale zmory hitleryzmu się pojawiają. Są skruszone, pognębione, zupełnie przegrane. Jakkolwiek byśmy nie wybrzydzali to inscenizacja kantaty Vivaldiego, która uczyniła ze wspaniałego dzieła wokalno-instrumentalnego pełnokrwisty dramat operowy, jest przedstawieniem udanym. Świetnie działają na malutkiej scenie Warszawskiej Opery Kameralnej stylizowane na post-staroźytność dekoracje Damiana Styrny rozszerzające się niepomiernie poprzez zastosowanie ścian z luster.
Niezłą robotę, pełną groteskowej wyobraźni wykonała projektantka kostiumów Anna Chadaj. Dobrze też współgrają z całą oprawą sceny symboliczno-realistyczne projekcje Eliasza Styrny. No a muzyka Antonia Vivaldiego, przechodzi samą siebie, jest genialna w swej swobodzie korzystania ze środków wyrazu i instrumentów. Jej zaprezentowanie z udziałem Orkiestry Instrumentów Dawnych WOK pod dyrekcją Hugo Reyne daleko wykracza poza sztywne kanony baroku, zadziwia nowoczesnością, na jaką chyba nie zdobył się nawet Haendel.
Do obsady przedstawienia operowego zaangażowano zjawiskowy mezzosopran Aleksandry Opały. Barwa jej głosu nie ma sobie równych wśród pozostałych wykonawców, którzy bynajmniej nie są od macochy. Bardzo sprawnie radzi sobie kreująca rolę adiutanta Holofernesa Małgorzata Panek.
Młodzi wykonawcy nie ustępują z pola bardziej doświadczonym, jak Jadwiga Postrożna – kapłanka Judajczyków, czy znana ze znakomitych sopranowych ról pierwszoplanowych Joanna Moskowicz. Chór WOK kierowany przez Krzysztofa Kusiel-Moroza wypełnia zarówno role wokalne jak i współpracuje przy akcjach scenicznych wraz ze statystami i tancerzami. Ci ostatni wykorzystywani są głównie do prezentacji orgiastycznych. Są wreszcie dzieci, które zgodnie z odwiecznymi zwyczajami teatralnymi używane są do skupiania uwagi publiczności. Judyta triumfuje niezbyt długo, bo historia biblijnych wojen i utarczek na niej się nie kończy, a sam Antonio Vivaldi był też widać człowiekiem oszczędnym, nie rozbudowywał sceny finałowej, choć odzywają się marszowe trąby jak w Aidzie. Ale to już zupełnie inna historia.
Joanna Tumiłowicz