Wszystko w tym tryptyku baletowym idealnie się łączy. Po pierwsze orkiestra Teatru Wielkiego w Łodzi gra na żywo do trzech spektakli natchniona i wyćwiczona batutą Marty Kluczyńskiej, a muzyka Karłowicza, Kilara i Szymanowskiego (tu dodatkowo pojawia się chór), choć wyraźnie zróżnicowana, brzmi wspaniale, przejmująco i zdecydowanie tanecznie, cokolwiek by to miało oznaczać.
Po drugie spektakle łączą się merytorycznie, symbolicznie i ideowo, bo poemat symfoniczny Odwieczne pieśni Mieczysława Karłowicza poprzez swój transcendentny i eschatologiczny wydźwięk przechodzi płynnie do quasi żałobnego Kościelca 1909 inspirowanego tragedią, którą na kompozytora spadła z tatrzańskiego szczytu, a później wątek górski rozwija cudownie Karol Szymanowski z Karolem Urbańskim w nieśmiertelnych Harnasiach.
Po trzecie wreszcie, choć wcale nie ostatnie, w dobrze przygotowanym zespole baletu są utalentowane tancerki i tancerze, którzy wykonują po kilka ról w następujących po sobie spektaklach, jak choćby świetna Góralko – Japonka Riho Okuno, Adam i Harnaś – Dominik Senator czy Joshua Legge – Góral z Albionu. Oparty na wspaniałym poemacie symfonicznym segment tryptyku urzeka swoim pięknem wizualnym. Nie chodzi nawet o odniesienia do biblijnej historii Pierwszych Rodziców, które są w sumie zbyt oczywiste, ale o klasyczny układ postaci ludzkich na scenie, na ich ruchomą symetryczną równowagę, kompozycję plastyczną tworzoną z nagich ludzkich ciał. Choć zostały pominięte oryginalne tytuły poszczególnych części to właśnie w Pieśni o wiekuistej tęsknocie opanowuje nas podziw dla choreografii Conrada Drzewieckiego przeniesionej na scenę łódzką przez Dominikę Antkowiak.
W ostatniej Pieśni o wszechbycie zabójstwo Abla przez Kaina zdawałoby się przeczyć triumfalnym akordom końcowym, choć przecież muzyka ta nie przemawia do nas zrozumiałymi słowami. Ten finał raczej nie budzi grozy, ale jednak dostarcza nadzieję, że teraz już zła nie będzie. Zresztą czy ktoś spoglądałby z obawą na piękną Larisę Robles Zalevskaią, która wije się jak biblijny wąż?

Po Odwiecznych pieśniach rozprawę o życiu i śmierci pokazuje w zupełnie innym stylu Jacek Przybyłowicz. Po klasycznych proporcjach następuje mozaika ciał odzianych w króciutkie czarne lub szare kostiumy. Układy zmieniają się jak w kalejdoskopie, przesypują jak kostki domina, pokazują życie jakbyśmy je obserwowali pod mikroskopem, praktycznie bez podziału na męskie i żeńskie formy. Dopiero całkiem realna, wręcz realistyczna kostucha kładzie kres wszelkim ruchom.
Zaś motywy góralskie słyszalne w Kościelcu Wojciecha Kilara pojawiają się wreszcie z całą mocą w balecie Szymanowskiego Harnasie. Tutaj na kostiumach Natashy Pavluchenko widzimy parzenice, a jedna z nich staje się też elementem scenografii Wacława Ostrowskiego. Scena góralska nie staje się jednak cepeliowską, choć Harnaś otrzymuje tradycyjne, paradne nakrycie głowy. Karol Urbański zakochany w muzyce Szymanowskiego dokonuje niewielkiej zamiany, gdyż Góralka nie ucieka w sumie od męża, to jej kochanek żyjący wśród gromady zbójników zostaje sam i nuci ustami Dominika Sutowicza tęskną pieśń „Kiebyś ty tak za mnom jako ja za tobom”. Zostawiamy więc nasze Tatry z żalem i nostalgią dziękując artystom za wieczór, który nas wzbogaca o liczne wrażenia.
Joanna Tumiłowicz