ASPERN czyli opowiadanie z elementami muzyki współczesny włoski kompozytor Salvatore Sciarrino nazwał singspielem. Przedstawienie tego utworu na 66. Warszawskiej Jesieni określono jako mix opery i teatru dramatycznego, czyli śpiewu, gry instrumentów i mowy ludzkiej. Jakim byśmy nie opatrzyli go terminem wszystko rozstrzyga się na scenie i każdy może to nazwać po swojemu. Można zamknąć oczy i słuchać, można śledzić ruch na scenie, analizować gesty i mimikę trójki bohaterów. Można traktować warstwę muzyczną jako tło dźwiękowe dla przedstawienia, można wreszcie odrzucając nieczytelne niekiedy dialogi zagłębić się w odgłosach wychodzących ze „szczątkowego” kanału orkiestrowego, gdzie grają altówka, wiolonczela, zestaw fletów poprzecznych, klawesyn i perkusja, często występujący pod nazwą Hashtag Ensamble.

I w to wszystko włącza się od czasu do czasu głos sopranowy. Jest jeszcze warstwa wizualna, wideo eksponowane na postnowoczesnej dekoracji symbolizującej bodajże zaniedbany ogród peryferyjnego weneckiego pałacu – scenografia i kostiumy Magdaleny Maciejewskiej oraz wideo Aleksandry Ołdak. Pojawia się tu okresowo obraz wody ze zmarszczkami fal i do tego tajemnicze liczby niekiedy odwrócone jak w negatywie.

Dla widzów z deficytami wyobraźni jest to historia młodego mężczyzny, który odwiedza w Wenecji dwie niemłode panie, Amerykanki, żyjące na odludziu i stara się przeniknąć ich tajemnice ukryte w przechowywanych dokumentach. Tak to przynajmniej opisał amerykański autor Henry James w opowiadaniu Papiery Jeffrey’a Asperna. Ale nawet śmierć starszej pani, muzy i kochanki poety Asperna, nie rozwiązuje sprawy. Dla odbiorców „holistycznych” ważne są tu równocześnie wszelkie załamki emocji nabierających wagi podczas rozwoju akcji, bo temperaturę nastrojów zwiastuje niezwykła muzyka i śpiew. Najczęściej są to całkiem nieoczywiste dźwięki, piski, zgrzyty, szumy uzyskiwane na instrumentach smyczkowych gdy się gra za podstawkiem, zaś na flecie w rodzaju frullato uzyskiwanym na początku zadęcia.
Salvatore Sciarrino zapewne zafascynowany aurą weneckiego opowiadania Jamesa włączył do partytury opery także melodię, starowłoską pieśń gondolierów, wzbogacając ją o swoisty akompaniament instrumentalny wciąż grających w sposób nieoczywisty. Oczywiście ową pieśń gondolierów śpiewała pięknie specjalizująca się w wykonawstwie muzyki współczesnej i nowoczesnej Joanna Freszel. Osobną warstwę stanowili aktorzy dramatyczni, których akcje nierzadko wkraczały w sferę muzyczną nie jako kontrapunkt, ale element kontrowersji i były nawet zagłuszane przez muzykę. Czy było to działanie celowe, zgodne z intencją kompozytora?

Zarówno kierująca muzykami zza pulpitu dyrygenckiego Lilianna Krych, jak i reżyserka przedstawienia Pia Partum wydawały się tutaj zgodnymi partnerkami ze wskazaniem na dyrygentkę jako „prymariuszkę" zespołu realizatorów. W sumie trzeba więc uznać, że Tomasz Nosiński grający młodego lokatora wynajmującego pokoje w pałacu, Monika Niemczyk jako starsza pani chroniąca papiery poety i opiekująca się nią młodsza kuzynka (Halina Rasiakówna), stanowiły tylko pretekst dramaturgiczny do wydarzenia muzycznego.

Co ciekawe i zgodne z ideą nowoczesnego podejścia do materii teatralnej aktorzy, podobnie do muzyków, wymieniali się wypowiadanymi tekstami, tworząc rodzaj responsoryjnych wariacji. Na tym tle wydaje się, iż niepotrzebną „kropką nad i” w aluzyjnym i poetyckim spektaklu było całkiem realistyczne rzucenie na dekoracje turystycznego widoczka z Wenecji z kanałami i gondolami. Bohaterem utworu nie było przecież miasto na lagunie, ale subtelne i niewyjaśnione zawiłości kontaktów międzyludzkich mające swe odpowiedniki muzyczne. Polska prapremiera opery Aspern Salvatore Sciarrino była tylko spóźnionym wydarzeniem towarzyszącym Międzynarodowemu Festiwalowi Muzyki Współczesnej. Czy wejdzie do stałego repertuaru?
Joanna Tumiłowicz