Rozmowa Joanny Tumiłowicz z Mischą Kozłowskim,
pianistą z warsztatów Antonina Campi Opera Masterclass w Lublinie
Co łączy pianistę – kameralistę współpracującego ze śpiewakami z pianistą grającym razem z instrumentalistami?
– Czujność. To pierwsze, co mi przychodzi na myśl.

Czy odczuwa Pan różnicę między wykonywaniem pieśni, a arii operowych z fortepianem?
– Tak. Różnica jest istotna. Pieśń to utwór z kategorii kameralistyki wokalnej, zespolenie muzyki i tekstu, a fortepian istotnie napędza tu dramaturgię. Grając ze śpiewakiem wykonującym arię operową posługuję się wyciągiem fortepianowym, jednak podczas wykonania zdecydowany prym wiedzie mój partner, popisując się swoim kunsztem wokalnym. Od strony technicznej nierzadko wyciągi fortepianowe są dosyć trudne ze względu na swoją wielowarstwowość, zwłaszcza gdy musi się je grać a vista. Jeżeli jeszcze w takiej sytuacji tempo arii jest szybkie, zdarza się, że trzeba pominąć jakąś część nut z mniej istotnymi elementami, redukując fakturę do niezbędnego minimum. Ta umiejętność szczęśliwie polepsza się wraz ze zdobywanym doświadczeniem. W przypadku pieśni sprawa jest dużo bardziej skomplikowana, a ostatecznie podczas koncertu do wspomnianej redukcji dopuścić nie można. W kameralistyce wokalnej każdy element jest ważny i niezbędny, pianista musi się więc doskonale przygotować. Jest to niezwykle istotne, gdy ze śpiewakiem wykonuje się utwory współczesne. Wokaliści z początku bywają totalnie zagubieni, szczególnie gdy podpierają się przede wszystkim zasłyszanymi nagraniami, o ile takowe w ogóle już istnieją. Do zadań pianisty należy więc pomoc śpiewakowi w odnalezieniu się w partyturze. Przykładowo w przypadku arii często zwracam uwagę na to, co śpiewak w gąszczu partii orkiestry winien wysłyszeć i na czym się oprzeć, aby czuć się przygotowanym i pewnym podczas pracy na scenie.
Czy udziela Pan śpiewakowi rad muzycznych, a może także wokalnych?
– Tak, uważam to za swój obowiązek, przez co cały czas staram się być aktywny i czujny na obu tych polach. Nie muszę szukać przykładów daleko – mój brat Karol Kozłowski, który jest doświadczonym śpiewakiem, nierzadko prosi o radę w kwestii wykonywanych utworów, a ja często pytam go o sugestie nawet w przypadku pracy nad swoim solowym repertuarem. Bardzo istotne jest dla mnie partnerstwo w muzyce i wszelkie próby dominacji jednej ze stron w trakcie przygotowań czy wykonania uważam za absolutnie niewłaściwe podejście. Co za tym idzie, jestem zdecydowanym przeciwnikiem określania pianistów słowem „akompaniator”.

Oczywiście zdarza się tak w muzyce, że dana osoba ma rolę wiodącą, solistyczną, a druga bardziej towarzyszącą, wspierającą, akompaniującą. Niemniej nikt na śpiewaka nie powie „chórzysta”, na skrzypka w orkiestrze „tutti” i tak samo na pianistę nie powinno się mówić „akompaniator”. Jest to relikt zamierzchłych czasów, coś, co na Zachodzie uchodzi od lat za pewnego rodzaju faux pas. Oczywiście grając z kimś nie można apodyktycznie narzucać drugiemu artyście swojej wizji, obie strony powinny dbać o wzajemny komfort. Wszystko polega na wspólnie wypracowanym podejściu do wykonywanej muzyki.
A jakie jeszcze błędy popełniają soliści – śpiewacy?
– Chyba najczęstszym błędem jest to, gdy śpiewak chce przede wszystkim usłyszeć swój głos. To taka podstawowa pomyłka. Wówczas głos zostaje niejako w śpiewaku i nie wychodzi z niego w całości na zewnątrz. Inna kwestia to częsty brak świadomości partytury – czy to w pieśniach, czy w ariach. Jeśli śpiewak swoją wiedzę o utworze opiera tylko na cudzych nagraniach i stara się mechanicznie powtórzyć to, co słyszy, to jest to droga na skróty, przez którą najczęściej podczas prób na żywo śpiewak nie jest w stanie się świadomie odnaleźć. Nie muszę dodawać, że „odkręcanie” zauczonych w ten sposób błędów może trwać dłużej niż wspomniana droga na skróty…
Czy dopuszcza Pan śpiewacze odstępstwa od zapisu partytury, np. dodatkową ornamentację?
– Tak, jak najbardziej, niemniej tylko wtedy, gdy ma to uzasadnienie w muzyce i w praktyce wykonawczej. W wykonawstwie historycznym dopuszcza się obecnie większą swobodę, czego jestem zwolennikiem, zwłaszcza w muzyce wczesnobarokowej, barokowej czy wczesnoklasycznej. Zdarzają się takie praktyki w utworach kameralnych Haydna czy Mozarta, co potrafi wnieść wiele świeżości do wykonywania dzieł, które są bardzo popularne. Poza tym w ariach da capo, np. u Rossiniego, są przyjęte rozmaite sposoby wykonywania kadencji. Tutaj zdarzają się prawdziwe arcydzieła, kadencje, które pamięta się bardzo długo. Oczywiście ważne jest, żeby nie było ich w utworze zbyt wiele – mniej najczęściej znaczy więcej.
Jaką muzykę z literatury wokalno-instrumentalnej lubi Pan najbardziej?
– Ciężko będzie mi się zawęzić – wszystko zależy od danego momentu. Ale jeżeli miałbym dokonać selekcji na tę chwilę, to uwielbiam opery z okresu bel-canta, ale też Pucciniego, Verdiego. Jeśli chodzi o pieśni to Brahms, Schubert, Schumann. Osobny dział to muzyka współczesna, którą uwielbiam, a która wymaga gruntownego przygotowania i niekiedy sprawia trudności przy pierwszym słuchaniu czy czytaniu bez świadomości idei, kontekstu powstania dzieła. Lubię przyciągać inne osoby do muzyki współczesnej, nawet nie-muzyków, starając się pokazywać, jak do recepcji tego rodzaju muzyki można się przygotować, aby smakowała ona lepiej. Inna kwestia, że uczestnictwo w jej wykonaniach bardzo człowieka rozwija i poszerza świadomość, co jest mi bardzo bliskie.

W jakiej roli czuje się Pan najlepiej: jako muzyk-pedagog czy artysta występujący na estradzie koncertowej?
– Obie dziedziny, obie role są dla mnie bardzo ważne. Jako pedagog dużo sam się uczę od swoich studentów czy podczas pracy z nimi, ale uwielbiam też tę energię, którą wyczuwam, gdy jestem muzykiem-wykonawcą. Wtedy moim celem jest, aby graną muzyką opowiedzieć coś publiczności, bo to przecież odrębny język, takie esperanto emocjonalne. Można bardzo wiele uczuć przekazać słuchaczom, a moją ambicją jest by dobrze i zrozumiale „wysławiać się" muzycznie.
W Pańskiej notce biograficznej przeczytałam, że często bierze Pan udział w projektach łączących muzykę z filmem, teatrem, malarstwem i innymi dziedzinami sztuki. Na czym to polega?
– Chętnie podejmuję się rozmaitych ról, także odległych od muzyki. W gimnazjum, liceum i na studiach często byłem krytykowany za to, że jestem zbyt towarzyski, że za dużo czasu spędzam z ludźmi, a za mało poświęcam się ćwiczeniu w odosobnieniu. Z perspektywy lat muszę przyznać, że nie żałuję swoich decyzji, gdyż dzięki takiej postawie poznałem wiele ciekawych osób z różnych kręgów. W efekcie zdarzało się, że właśnie dzięki mojej otwartości na drugiego człowieka rodziły się pomysły, aby zrobić coś, gdzie razem z innymi dokonamy syntezy sztuk, idei, która bardzo do mnie przemawia. Przykładowo w ten sposób uczestniczyłem w różnych epizodach o aktorskim charakterze w projektach poświęconych m.in. Chopinowi. Miałem też swoją mini-rólkę w utworze Arnolda Schönberga Pierrot Lunaire, w spektaklu o Mieczysławie Wajnbergu, gdzie w jednej z odsłon grałem Dymitra Szostakowicza. Dzięki takim sytuacjom mogłem zrealizować w minimalnym stopniu swoje drobne aktorskie marzenia. Inna kwestia, że od około roku dwa główne filary w mojej codzienności to muzyka i sport. Uważam, że koncertującym muzykom czy pedagogom sprawność fizyczna jest bardzo potrzebna, gdyż praca wymaga od nas na ogół siedzącego trybu życia. Sport jest doskonałym balansem w tej sytuacji, często też pomaga mi zebrać myśli, oderwać się na chwilę i odświeżyć głowę. Uwielbiam grać w tenisa, chodzić na siłownię, biegać, a na co dzień po Warszawie staram poruszać się rowerem.
Dziękuję za rozmowę