Określenie klawiszowcy w odniesieniu do pianistów grającyh muzykę klasyczną może się wydać zbyt swobodne, nawet trochę bagatelizujące ich dokonania artystyczne. Jednak spoglądając na samo zjawisko pianistyki, jest ono nierozerwalnie związane z klawiszami instrumentu i tylko najwyższy stopień mistrzowskiego opanowania sztuki uderzania w klawisze może przynieść satysfakcję słuchaczom. Festiwal Chopin i Jego Europa w tym roku dostarczył wrażeń „klawiszowych” z najwyższej światowej półki.
Publiczność nieodparcie towarzyszyła pianistycznym popisom wyczuwając siódmym, a może ósmym zmysłem, że na estradzie pojawia się zjawiskowy pianista. Zresztą kierownictwo Festiwalu w osobie Stanisława Leszczyńskiego ma dobre rozeznanie w aktualnej sytuacji na klawiszowym rynku. Takie nazwiska jak Kate Liu, Dang Thai Son, Vadym Kholodenko, Piotr Anderszewski, Lukáš Vondráček, to są rozmaite odmiany mistrzostwa, kultury grania, muzykalności i kreatywności przy klawiaturze. Każdy artysta ma swój indywidualny styl, preferuje odrębny repertuar i sam dla siebie jest klasą. Skupię się na dwóch postaciach.
Piotr Anderszewski w polskiej przestrzeni muzycznej uzyskał rangę porównywalną z Glennem Gouldem. Stał się postacią nieco tajemniczą, trudną do zdefiniowania, oryginalną w proponowanych kreacjach, ale nie burzącą kulturowej tradycji, o bardzo wysublimowanych wymaganiach względem siebie samego. Do legendy już przeszły powtórki wykonanych utworów, w których jego zdaniem nie okazał się wystarczająco doskonały. W recitalu w Filharmonii Narodowej dokonał zmiany zaplanowanego repertuaru zastępując Mazurki Karola Szymanowskiego późną Sonatą op. 110 Beethovena. Tymczasem spora część publiczności przyszła wysłuchać Bacha, bo Bach, podobnie jak u Goulda, jest konikiem Anderszewskiego.
Być może pianiście nie pasowało zgromadzenie na jednym koncercie utworów post-etnicznych, tzn. obok polskich Mazurków umieszczenie Bartokowskich, quasi-węgierskich Bagatel. Trudno zresztą wniknąć w tok myślenia Anderszewskiego, który przecież jest pianistą z gruntu intelektualnym. Zaskoczył za to sporym pakietem bisów, gdzie znalazł się i Szymanowski, i Bartok, i Bach, a więc wszystko co najlepsze wychodziło dotąd spod jego rąk. A przecież w programie znalazły się jeszcze trzy fantastyczne Wariacje Antona Weberna, dzięki którym nasz polsko-węgierski pianista znów podał rękę Glennowi Gouldowi.

Odmiennym przykładem wybitnego pianisty był Lukáš Vondráček. Młodszy od Anderszewskiego, ale wykazujący się już nieprzeciętną dojrzałością artystyczną, zagarniający swą sławą coraz szersze kręgi i mający w biografii polski etap – studia w Katowicach. On z kolei nie obawiał się nagromadzenia utworów post-etnicznych włączając do programu dwie bardzo ciekawe pozycje czeskie Josefa Suka i Bedricha Smetany.

Jeśli ktoś miał przekonanie, że wplatanie melodii tańców ludowych do utworów klasycznych obniża ich rangę artystyczną, to po kreacji Lukáša Vondráčka przekonał się, że talent wykonawczy rozwiewa wszelkie wątpliwości. Dzięki temu pianiście możemy dziś mówić, że Josef Suk „wielkim poetą fortepianu był”, a Bedrich Smetana w porównaniu z Sukiem był jeszcze odważniejszym nowatorem. Stopień kreatywności w interpretacji muzyki rodzimej sprawił, że zagrany po przerwie cykl Roberta Schumanna Kreisleriana okazał się „ubogim krewnym” wielkich twórców czeskich. Mogliby oni nauczyć swego niemieckiego kolegę jak podnosić artystyczną poprzeczkę komponując fortepianowe miniatury. Vondráček tym się też różnił od Anderszewskiego, że zamiast pięciu bisów dał tylko jeden, choć publiczność złakniona dobrego „klawiszowania” przyjęłaby więcej. Poczekamy. Może czeski artysta się do nas przekona.
Joanna Tumiłowicz