Przegląd nowości

Co to znaczy wykonanie koncertowe

Opublikowano: poniedziałek, 11, wrzesień 2023 06:26

Od pewnego czasu określenia takiego zaczęto używać w odniesienia do dzieł operowych, na które zaprasza się do teatru lub filharmonii, aby słuchać tylko śpiewu i muzyki, bez akcji scenicznej, scenografii, choreografii, kostiumów i gry aktorskiej. No właśnie. Uświęcona kilkuwiekową tradycją forma koncertów składa się z rozmieszczonej na estradzie orkiestry, przed którą na podeście stoi dyrygent, a po jego lewej i prawej stronie siedzą, a potem wstając śpiewają soliści, jeśli program przewiduje utwory wokalne.

 

Są wszakże istotne powody wykonań koncertowych. W mojej praktyce zarządzałem je przed premierami scenicznymi, aby publiczność nasłuchała się muzyki i obsad wokalnych, a soliści i zespoły wyćwiczone były muzycznie jeszcze przed próbami scenicznymi.

 

Coraz częściej wykonania koncertowe dzieł lirycznych planują filharmonie, zwłaszcza w miastach gdzie nie ma teatrów operowych. Czyniąc to powinny pamiętać, że nie wszystkie tytuły w pełni nadają się do wykonań koncertowych. Mniej na estradzie filharmonicznej sprawdza się muzyka ściśle powiązana z efektami teatralnymi, dźwiękową charakterystyką postaci, wreszcie grą aktorską (np. Falstaff, Cyganeria, Katarzyna Izmaiłowa, Wozzek, a nawet Straszny dwór). Natomiast koncertowe granie Fidelia, Normy, Nabucca, Turandot, Elektry, czy Króla Rogera przy perfekcji wokalnego i muzycznego wykonania daje więcej wrażeń, niż śledzenie często nudnawej i językowo archaicznej akcji scenicznej.

 

Istnieje arcydzieło operowe, którego wykonanie koncertowe graniczy z absurdem, bezsensem i karykaturą. Jest nim Tosca Giacomo Pucciniego. Wręcz genialna teatralność tej partytury, muzyczna charakterystyka poszczególnych postaci i sytuacji, a przede wszystkim kryminalny wątek akcji, wyklucza możliwość zasłuchania się jedynie w piękno śpiewu.

 

Toteż z przysłowiową duszą na ramieniu jechałem do Baden-Baden na „koncertowe wykonanie” Toski, zwabiony nazwiskami wybitnych wykonawców. Poziomem muzycznym i wokalnym nie zawiodłem się. Bułgarska sopranistka Sonia Yoncheva partię tytułową śpiewała głosem najwyższej klasy, z należytą ekspresją dramatyczną i wokalną, interpretacją godną nagrania płytowego. Młody włoski tenor Riccardo Massi jako Cavaradossi brylował pięknym tenorem spinto, wzrostem, sylwetką i męską urodą.


Znany u nas w Polsce urugwajski bas-baryton Erwin Schrott jako Baron Scarpia podobał mi się nieco mniej, ustępując urodą głosu swoim partnerom, popisując się za to obficie tzw. elementami gry aktorskiej.

 

No właśnie. Cała obsada solistów, łącznie z partiami drugoplanowymi i epizodycznymi, zamiast siedzieć na orkiestrowym froncie i podnosić się tylko do zaśpiewania swych ról, tak jak to odbywa się podczas koncertu, miotała się po estradzie w prywatnych garniturach (a nie frakach), a Schrott kilkakrotnie zdejmował marynarkę, kilkanaście razy klękał i wstawał, robił różne miny wynikające i nie wynikające ze śpiewanego tekstu, a nawet „puszczał oko” na widownię, zanim Tosca dokonała morderstwa, wbijając mu palec w brzuch, bo rekwizytów nie przewidziano. Yoncheva tę najbardziej teatralną rolę w całym repertuarze operowym odegrała kolejno w trzech prywatnych sukniach balowych  mimo, że akcja dramatu nie daje czasu na takie przebiórki. Co chwilę pojawiali w prywatnych ubiorach kolejno Cezare Angelotti (źle obsadzony cherlawy bas David Oštrek), Zakrystianin (demonstrujący aktorstwo raczej operetkowe ), Spoletta, Sciarrone i jednocześnie Żandarm.  Mimo „wykonania koncertowego” oni statystując odgrywali swe role nawet w scenach, gdzie ich partie są nieobecne w partyturze.

 

Czynię jeden wyjątek od tej dezaprobaty. Na początku trzeciego aktu (w oryginale zza sceny) śpiewa o świcie swą piosenkę Pastuszek, pędzący swe owieczki na wypas nad Tybrem. W teatrze operowym w tym epizodzie obsadza się zazwyczaj najstarszą solistkę, która niewidzialna dorabia sobie do zbliżającej się emerytury. Tutaj na estradę wbiegł najwyżej dziesięcioletni czarnoskóry wokalista Kim Wettenschwiller, pięknie odśpiewał piosnkę swym dźwięcznym muzykalnym dyszkantem i uratował honor poprzednich świetlicowych popisów aktorskich.

 

W całej rozciągłości klasę wieczoru dzierżył młody wenezuelski dyrygent Domingo Hyndoyan, prywatnie mąż Yonchevej, który chwali się dyrygowaniem w Polsce i występami w Niemczech z Piotrem Beczałą. Pełen talentu, temperamentu, mistrzowskiego panowania nad przebiegiem trudnej, skomplikowanej partytury Toski, rozumiejący się z wokalnymi interpretacjami solistów, miotającymi się ciągle od kulisy do kulisy, zamiast koncertowo stać spokojnie, ze wzrokiem wbitym w batutę dyrygencką.

 

Reasumując, organizatorzy takich koncertowych orgii nie mając pieniędzy na dekoracje, kostiumy i reżyserię, powinni stosować odwieczną zasadę, że „kto nie ma miedzi, niechaj w domu siedzi”!

                                                                             Sławomir Pietras