Ostatnia, historycznie i mentalnie, opera Stanisława Moniuszki wypełniła koncertowe wykonanie dzieła w ramach festiwalu Chopin i jego Europa. Na zaadaptowanej na amfiteatr scenie Teatru Wielkiego i Opery Narodowej Paria zabrzmiała w tradycyjnym już wykonaniu zaproponowanym przez Fabio Biondiego i jego posługującą się historycznymi instrumentami orkiestrę Europa Galante.
Tradycyjnie też do realizacji zatrudniono chór Opery i Filharmonii Podlaskiej (z początku słabo słyszalny) oraz rozmaitych zagranicznych solistów. Spośród Polaków malutką partyjkę Kapłanki otrzymała utytułowana artystka Chóru z Białegostoku Paulina Boreczko. Wydaje się, że spontaniczne zainteresowanie Fabia Biondiego Moniuszką dobiega końca, bo powoli wyczerpują się dzieła operowe naszego twórcy narodowego, które mógłby nam zaprezentować w swoim wykonaniu, zostają jeszcze operetki, śpiewogry, kantaty, msze.

Oczywiście rutynowym wydarzeniem będzie zapewne wydanie kompletnego nagrania Parii z włoskim librettem i zbliżonym do historycznego ujęciem instrumentalnym, co powiększy o ważną pozycję dorobek edytorski Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina, ale przełomu w umiłowaniu tej muzyki już chyba nie przyniesie. Ilustracją do piętrzących się wątpliwości była frekwencja na koncercie. Na długo przed wykonaniem zabrakło biletów. W rezultacie amfiteatr TWON wypełnił się w 85 procentach, po przerwie zajętych było 70 proc. krzeseł, a po kolejnej już tylko 65 proc. Co zaważyło?
Pewnie idea koncertowego wykonania dzieła scenicznego. To nic, że Moniuszko nigdy w Indiach nie był, że oparł libretto o utwór francuskiego pisarza i chciał w ten sposób wdrapać się na zagraniczne sceny. Odwiedził nawet samego Ferenca Liszta, ale fastrygowana takimi instrumentami jak tam-tam egzotyka tematu i humanitarny przekaz nie wpłynęły na zainteresowanie Parią.

A dzisiaj, kiedy głównymi demiurgami opery przestali być dyrygenci, a stali się reżyserzy, wykonania koncertowe, choćby najdoskonalsze, giną w konfrontacji z realizacjami teatralnymi. Rewelacją w tym sensie była quasi-happenigowa inscenizacja Teatru Wielkiego w Poznaniu z 2019 roku pod dyrekcją Gabriela Chmury, w prowokacyjnej reżyserii i adaptacji scenicznej Grahama Vicka. Odbyła się ona na terenie futurystycznej i mrocznej Areny Poznań, gdzie nie dano krzesełek publiczności i kazano jej tworzyć tłum gapiów rozgrywającego się wśród niej okrutnego, całkiem współczesnego dramatu.
Dość powiedzieć, że główny wódz Hindusów Idamor otrzymał mundur Marszałka Polski Michała Roli-Żymierskiego. Jak z taką pełnokrwistą wizją sceniczną miała konkurować wersja Fabio Biondziego, która wizualnie była zwyczajnie nudna? Najgorzej działo się w Prologu i I akcie. Wydawało się, że Idamor śpiewany przez tenora Davida Astorga z Kostaryki o głosie nieco przypominającym w barwie samego Pavarottiego, przy zachowaniu wszystkich proporcji, nie wytrwa do końca opery. Później wszyscy wzięli się w garść.

Nieźle radziła sobie Neala Marta Torbidoni, która z każdą kolejną frazą śpiewała coraz lepiej i pokazywała co znaczy dobra szkoła wokalna. Jej sceniczny ojciec, bas Aleksey Bogdanov (w programie określany jako baryton) musiał walczyć z brzmieniem orkiestry, która zagłuszała jego niskie tony. Małą rólkę Ratefa, sprawnie zaśpiewaną, otrzymał tenor Matheus Pompeu z Brazylii, który w pierwszym podejściu Fabio Biondiego do Moniuszki śpiewał partię Jontka w Halce.
Dopiero gdy na scenę wkroczył wizualnie najmłodszy z tego towarzystwa German Olvera z Meksyku, któremu przypisano rolę najstarszego – ojca Idamora – Dżaresa, zaczęliśmy czuć, że to jednak dramat muzyczny, a nie jakaś niewiele znacząca wiązanka arii i ansambli. Bo to on wprowadził napięcie głosem nośnym, dobrze prowadzonym o szlachetnej barwie kreując prawdziwie krwistą postać nieszczęśliwego ojca, porzuconego przez syna. Tak oto zapamiętałam koncertowe wykonanie opery Paria i teraz czekam na spektakl, który ukaże wspaniałe dzieło Stanisława Moniuszki w mniej oficjalnej niż zwykła estrada konwencji.
Joanna Tumiłowicz