Takiej transkrypcji nazwiska pianisty urodzonego w Kijowie używa p. Marcin Zgliński, który bezpośrednio po koncertach Festiwalu Chopin i jego Europa każdego dnia pisze dosyć pogłębione wypowiedzi, wplatając też uwagi o charakterze psychologiczno-wizualnym. W rezultacie, jak zwrócił uwagę jeden z internautów – wcale nie trzeba być na koncercie, aby poczuć smak i rangę każdego wydarzenia. Nie ma wątpliwości, że Wadim Chołodenko dał znakomite świadectwo artystyczne swoimi ostatnimi występami w sali Filharmonii Narodowej. Dzień wcześniej jako uczestnik sekstetu kameralnego zachwycił umiejętnościami wtapiania się w zespół smyczkowców, nie rezygnując jednak ze swej roli przewodniej.

W trakcie awaryjnego opuszczenia estrady przez Alenę Baewą, której zerwała się struna, wykazał się jeszcze poczuciem humoru, bo ni z tego, ni z owego, zainicjował początek Koncertu e-moll Chopina, ale potem wzorowo pomógł całej szóstce dokończyć Ernesta Chaussona Koncert skrzypcowy, choć utwór nie miał cech klasycznego koncertu solowego. 50 proc. muzycznego wyrazu zagarniał właśnie fortepian, a 50 proc. kwintet smyczkowców, w którym był znany Belcea Quartet wzbogacony o jeszcze jedną prymariuszkę.

Następnego dnia Wadim miał własny recital, w którym udowodnił, że można go stawiać wśród najlepszych. Ma wirtuozowską technikę, ale nie musi nią epatować. Nie stosuje też sprawdzonych zabiegów tzw. „Lwów Fortepianu”, ani w swym makijażu i fryzurze, ani w robiących wrażenie na maluczkich ostentacyjnych ruchach i podskokach. Kombinuje trochę inaczej.
Ubrany elegancko i dosyć tradycyjnie, jak na bankiet w ambasadzie, ciemny garnitur, biała koszula, muszka, w butonierce żółtawa chusteczka. Zaczął od Haendla, szeroko gromadząc akordy i pasaże, jakby grał na organach. Suita B-dur była całkiem nowoczesna w użytych środkach pianistycznych. Czy aby nie było to jakieś późnoromantyczne opracowanie? Potem Sonata cis-moll Haydna wcale nie wyglądała na tle rozlewnego Haendla na ubogą. Mało znana Sonata e-moll Beethovena pokazała trochę obsesji tematycznych mistrza z Bonn, ale też była wstrzemięźliwa w dawkowaniu klawiszowego szału.

A do współczesnego, postmodernistycznego Thomasa Adèsa przyniósł nuty na elektronicznym czytniku dając do zrozumienia, że to coś nowego w jego repertuarze, może nawet koncepcyjnie jeszcze do końca nie rozgryzione. Utwór Traces Overhead miał jakieś odniesienia religijne, ale niezbyt wyraźne, więc nie musiał ani zachwycić, ani zanudzić.

Wreszcie zagrał Liszta – Fantazję Sonatę „Po lekturze Dantego” i wariacyjnie przepracowaną Tarantellę. Grał mocno i efektownie, jak Liszt kazał, ale wtrącał też epizody tak ciche i delikatne, że pozwalały one odrzucić stereotyp głośnego wirtuozowstwa. Potrafił wyekstrahować z fortepianu Fazioli rozmaite barwy piana, mezzopiana i mezzoforte. Publiczność festiwalowa nagradzająca większość produkcji owacjami na stojąco, także tutaj nie miała wątpliwości. Aby stworzyć jakąś skalę zachwytu trzeba by raczej liczyć tych, którzy są silnie przyśrubowani do foteli i nie wstają. Chołodenko jeszcze dał dwa bisy i mógł zagrać trzeci, ale zobaczył wychodzących z sali i przystopował.
Joanna Tumiłowicz