– Nawet szyderczy gest Duchampa nie zaszkodził – powiedziała o domalowanych wąsach na pocztówce z Moną Lisą dr Grażyna Bastek, historyczka sztuki. Może portretowi Leonarda nie zaszkodził, ale wywarł wpływ na gromady artystów, którzy chcieliby trafić na „krótką ścieżkę” publicznego rozgłosu. Inni też robią teraz różne zabiegi, aby się dać wciągnąć na Parnas. Przyszła i kolej na muzyków. Gdy podczas jednej z Warszawskich Jesieni mało znany kompozytor zechciał do swojego utworu dołączyć ze słynnej V Symfonii Beethovena „pukanie losu”, czyli legendarne „papapa-paaaa”, obecny na widowni Witold Lutosławski ostentacyjnie wstał i wyszedł z sali. Po kilkudziesięciu sekudnach powtórzyło ten sam gest kilku innych słuchaczy, uznających reakcję Lutosa za właściwą.
I znów – Beethovenowi to nie zaszkodziło, a autorowi kompozycji z cytatem „pukania” nie pomogło. Nie ma się więc co oburzać za domalowane wąsy. Portretom Stalina ani Bieruta nikt ich nie domalowywał, bo mieli własne. Dorysowany charakterystyczny wąsik Fuhrera był doskonałym narzędziem do obrzydzenia wybranej postaci. W muzyce nikt się dziś nie obraża za rozmaite ozdobniki dodawane do arcydzieł.

Traktuje się to jako przywilej solistów, a zarazem zwrot ku sztuce baroku, gdy wykonawcy mieli większą swobodę w traktowaniu partytury. Zresztą ówcześni kompozytorzy polegali na fantazji muzyków i dawali różne propozycje do wyboru, albo markowali przebieg utworu „z grubsza”, byle tylko grający poruszali się w przyjętych granicach stylistycznych. Od pewnego czasu zaczęto „dorysowywać” drobne szczególiki także w kompozycjach klasycznych i romantycznych. Mozartowi, gdy jego nienagannie niebiański motyw pojawia się w programie w słynnych koncertach czy ariach (Amadeus, to ulubieniec Bogów), też można dziś to i owo poprawić. I to się niekiedy robi.
A Schubert? Tyle razy już śpiewano cykl Pięknej Młynarki zgodnie z nutami, że też nie zaszkodzi od czasu do czasu skoczyć o dwa tony wyżej lub niżej, niby z nadmiaru emocji, czy z chęci ubarwienia rutynowej melodii. Zresztą tylko znający dokładnie przebieg tego utworu zorientowali się w odstępstwach od oryginału. Tak było w recitalu Juliana Prégardiena, który z Saskią Giorini przy fortepianie wykonał jednym ciągiem w Studio Lutosławskiego Die Schöne Müllerin.

Jego tata Christophe Prégardien, który już wiele razy występował u nas, zapewne na taką nonszalancję by sobie nie pozwolił, ale młode pokolenie z niezłymi głosami stara się jakoś zapisać w annałach muzyki klasycznej. Julian ma tenor nie gorszy od swego ojca, a brzmi bardziej wyraziście, bez delikatnej mgiełki w głosie. Przygotował cykl Schuberta perfekcyjnie i opracował dokładnie interpretację każdej pieśni, mało tego, każdej zwrotki. Opowieść o Pięknej Młynarce wypowiadaną ustami młodego młynarczyka ma swój nieśmiały początek, potem miłosną, niemal ekstatyczną kulminację, potem zwątpienie, niepokój, gniew gdy pojawia się konkurent, wreszcie bezdenną rozpacz i delikatnie zasugerowaną śmierć.

Julian Prégardien potraktował opowieść totalnie, z wykorzystaniem efektów teatralnych. Rękawy jego białej koszuli były podwijane, gdy śpiewał, że pracuje w młynie, a na końcu opuszczane, wraz z mankietami, aby ciało młynarczyka okryć niby całunem. Sposób artykulacji wyśpiewywanych słów zmieniał się w zależności od sytuacji, od zalotnego kwilenia po krzyk gniewu i rozpaczy. Do tego dochodziła znacząca mimika, gestykulacja i postawa. Nawet jeśli się nie rozumiało poszczególnych słów poetyckiego tekstu Wilhelma Müllera to teatralizowane wykonanie przez śpiewaka wyraźnie kierowało naszą uwagę do opisywanej sytuacji.
Oczywiście pełne tłumaczenie Pięknej Młynarki dokonane przez znakomitego germanistę prof. Andrzeja Lama, wydrukowano w wystarczającej ilości. Nikt nie mógł więc narzekać, że nie rozumie śpiewania po niemiecku. Przyjęła się opinia, że poezja Müllera nie należy do skarbnicy kultury europejskiej, jednak oprawiona w muzykę Schuberta staje się prawdziwym arcydziełem.

W tym wypadku trzeba przyznać, że kreacja Juliana Pregardiena, też taką się okazała, pomimo opisywanych, dziś już modnych upiększeń, a także pewnych niedoskonałości emisyjnych, bo sądzę, że jako tenor operowy, od którego wymaga się nienagannej techniki bel canta, nie zdobyłby ogromnego uznania. O dużym sukcesie tego koncertu świadczy też układ programu.

Po zaśpiewaniu 11 pieśni doprowadzających akcję do szczytowego punktu miłosnych emocji, gdy bohater i narrator zawiadamia cały świat: „ukochana młynarka jest moja, jest moja”, następuje przerwa w opowieści, muzyczny przerywnik, niezłe wykonanie Ballady g-moll Fryderyka Chopina, która jakby komentuje pierwszą część pieśniarskiego cyklu. Chopin wprowadza nas w emocjonalną zmienność, czekającą nas plątaninę uczuć. Tutaj wtręt innego utworu granego przez tę samą pianistkę, na tym samym fortepianie, nie okazuje się ciałem obcym, ale przystankiem na drodze, jak ktoś chce – komentarzem do opisywanych wydarzeń, a technicznie jest jeszcze kilkunastominutową okazją do odpoczynku śpiewaka. Pomysł z „inkrustowaniem” Schuberta Chopinem był naprawdę znakomity i podnosił wartość całego występu. Brawo!
Joanna Tumiłowicz