Czy Schubert dobrze pasuje do Festiwalu Chopin i Jego Europa? Trudno powiedzieć. Sądząc po artykule Tomsa czyli Tomasa Borinki'ego opublikowanego w numerze Classical Musicians z 2022 roku odpowiedź byłaby negatywna. Tekst nosi angielski tytuł Did Chopin And Schubert Like Each Other? Zdaniem autora Chopin miał być zazdrosny o sukcesy Schuberta i krytykował też muzykę Schuberta. W liście do przyjaciela Chopin pisał, że uważa muzykę Schuberta za „bezduszną” i „mechaniczną”. Możliwe jednak, że Chopin po prostu zazdrościł Schubertowi talentu choć sam przecież był niezwykle utalentowanym kompozytorem.

W końcu być może nigdy nie dowiemy się na pewno, czy Chopin lubił i cenił muzykę autora Niedokończonej. A Schubert? Pewnie o Chopinie w ogóle nie wiedział, bo do Wiednia nie docierały newsy o warszawskich sukcesach jakiegoś młodzieńca z francuskim nazwiskiem. Schubert był zakochany w Beethovenie. Dla Chopina idolami byli Bach, Mozart, a może nawet potem Liszt. Chopin podobał się za to Schumannowi, a nie Schubertowi.
Dla Chopina Schumann jednak był „nudnym Bawarczykiem”. Tyle na wstępie do recitalu Tomasza Rittera na zabytkowym fortepianie Pleyela. Artysta zagrał oczywiście Chopina i jeszcze Mozarta, Bacha w opracowaniu Brahmsa, Beethovena, a przypieczętował występ dwoma Schubertami, jedną z mniej ciekawych Sonatą a-moll, oraz zagraną na bis Lisztowską parafrazą mrocznej, nawet przerażającej pieśni Sobowtór. Wykonanie zdradzało dwie podstawowe kwestie – Tomasz Ritter doskonale opanował metodę grania na zabytkowych fortepianach, które łatwo wprowadzić w jęczenie i drżenie. Nawet akordy forte w dolnych rejestrach nie dudniły, a wysokie tryle nie przypominały stukania w kieliszki. Po drugie umiar w stosowaniu wirtuozowskich efektów pianistycznych świetnie współbrzmiał z umiarem w kreatywności muzycznej dalekiej od udziwniania interpretacji. To nie był czczy popis, choć wykonanie specjalnie przygotowanej przez Brahmsa Chaconny Bacha na lewą rękę było jednak zdecydowanie popisowe. A Schubert? Nie wybijał się specjalnie na tle pozostałych propozycji repertuarowych. Schubert zagrany przez członków Apollon Musagete Quartet tego samego dnia sięgał raczej dolnych przedziałów muzycznego wyrafinowania. Krótkie, trzydźwiękowe tematy w Kwartecie g-moll, standardowe pomysły formalne, elementy wariacyjne i polifoniczne wykonane ze szkolną poprawnością. To nie wina smyczkowców od Apollona, bo oni grali znakomicie utwór napisany przez 11-letniego chłopca. Można było tylko powiedzieć: „Zdolna bestia!” Zaraz potem czciciele Muz Apolina zagrali Kwartet smyczkowy Witolda Lutosławskiego, dzieło leżące na przeciwległym brzegu kreatywności muzycznej, harmonicznej, intonacyjnej itd. Wszystko to, co chciał osiągnąć młodziutki Schubert w tej kompozycji zostało dokumentnie zburzone, podeptane, ba, nawet wyśmiane. Lutosławski sam dokonał takiego zamachu na formę klasycznego kwartetu dzieląc utwór na dwie części. Jedną nazwał zagadkowo „wstępną”, według twórcy mniej ważną i przygotowawczą, bo składającą się z luźnych pociągnięć smyczkiem na poszczególnych instrumentach. W zamyśle kompozytora mieli oni wykonywać owe ruchy do momentu, gdy ludzie usadzą się na fotelach i zapanuje cisza. W drugiej te wstępne „zaczepki dźwiękowe” zostały rozwinięte w jakąś rewolucyjną dla jednych, a bałaganiarską dla innych, narrację. Komentatorzy doszukują się w tym utworze jakiegoś rdzenia dramaturgicznego, dajmy na to opowieści o współczesnych, pokręconych i niepewnych czasach. I tu olśnienie! Jest taki utwór dramatyczno-pseudo-muzyczny, arcydzieło teatru instrumentalnego – Kwartet Bogusława Schaeffera traktujący o tym wszystkim, co chciałby pewnie powiedzieć nam Witold Lutosławski. Ha, gdyby tak aktorzy Jan Peszek, bracia Grabowscy i Jan Frycz nauczyli się grać na instrumentach, to ich spektakl byłby jak dynamit, albo wybuch wulkanu Etna. Druga wersja tego pomysłu, to propozycja dla panów z Apollon Musagete, by nauczyli się tekstu Schaeffera i przedstawili go zaraz po Lutosławskim.
Joanna Tumiłowicz