Cudowny instrument Stradivariusa o przydomku Feuermann (krótko mówiąc strażak) z 1730 roku został artystce Camille Thomas tylko wypożyczony, ale zaważył na jej zainteresowaniach i wyborach muzycznych. Rzecz w tym, że w swej długiej drodze od początków XVIII wieku przechodził przez różne ręce i w wieku XIX trafił do paryskiego przyjaciela Fryderyka Chopina, który był wziętym wiolonczelistą i kompozytorem.

Chopin korzystał z rad Augusta Franchomma pisząc swoje kompozycje na ten instrument strunowy, którego nota bene konsekwentnie omijał uwielbiany przez Chopina Mozart? Dlaczego? Tej tajemnicy jeszcze nie odkrył nikt, jednak słuchając owego „strażaka” w rękach uroczej Camille można przyjąć, że wielkiemu Amadeusowi nie odpowiadał nadmiar słodyczy wylewający się z tego niezwykłego i szalenie drogiego zabytku dawnej sztuki lutniczej.
Artystka grająca na recitalu w Dworku Chopina głównie utwory Chopina w opracowaniach Franchomme'a wydobywała tony o aksamitnej barwie, jakby osiągane na innych wiolonczelach przy pomocy zewnętrznego tłumika, bo pozbawione całkowicie smyczkowej ostrości. W tym przypadku były to jednak dźwięki płynące wprost spod palców artystki, wibrujące ale gęste, bogate w pełen zestaw smyczkowych alikwotów, pozbawione jednak jakichkolwiek przydźwięków.

Mistrzostwu Camille Thomas, która przy akompaniamencie fortepianowym Juliena Brocala wykonywała Preludia przerobione na wiolonczelę przez Franchomma, należy przypisać, że owe piękne i tak dobrze znane w oryginale utwory brzmiały lepiej z wiolonczelą w roli głównej. Były po prostu bardziej romantyczne i śpiewne.

Oczywiście dobrzy pianiści muszą uzyskać dzięki błyskotliwej technice możliwość „śpiewnego” frazowania, takiego łączenia dźwięków powstających przez uderzanie młoteczkami, by płynnie łączyły się w melodię, w tym jednak przypadku „śpiewająca wiolonczela” udowadniała jałowość pianistycznych wysiłków polskiego kompozytora. Do wiolonczeli fortepianowi jednak sporo brakuje. Duet Thomas-Brocal zagrał też oryginalną kompozycję Chopina na wiolonczelę z fortepianem – jego Sonatę g-moll op. 65.
Też było pięknie, chociaż czar słodkiego, a nawet przesłodzonego aksamitu obleczonego w prowadzącą melodię jakby się złagodził. Po przerwie duet ten wprowadził trochę bałaganu w repertuarowe plany Piotra Palecznego. Zrezygnowano zupełnie z oryginalnego Chopinowskiego kawałka Introdukcja i Polonez C-dur op. 3, a zastąpiono go zapowiadanymi mętnie rozmaitymi utworami o nienajwyższej pozycji w świecie muzyki.
Była więc wiązanka melodii cygańskich czy też węgierskich (może to jego Hungarian Rhapsody?) autora wielu kompozycji wiolonczelowych, czeskiego wirtuoza wiolonczeli Davida Poppera. W celu rozczulenia widowni dano transkrypcję II wolnej i hiperlirycznej części Koncertu e-moll Chopina. A na zakończenie cyklu bisów popisano się czymś, co było pewnie modlitwą śpiewaną chłopięcym głosem członka chóru watykańskiej scholi.

W programie znalazł się też akcent ukraiński, choć nie znający dogłębnie kultury naszego kręgu August Franchomme nazwał ten kawałek Air Russe Varie op. 32. Pani Camillia wyjaśniła więc, że to zostało nazwane błędnie, bo nie odnosi się do pieśni rosyjskiej, ale ukraińskiej. W istocie ten sam motyw wykorzystał dużo wcześniej Beethoven w swoim cyklu pieśni różnych narodów, czyli zaczerpnął temat z ukraińskiego folkloru muzycznego Jechał kozak za Dunaj. Czy Beethoven zdawał sobie sprawę skąd pochodzi melodia? On wiedział, że „wszyscy ludzie będą braćmi”. Pytam – kiedy?
Joanna Tumiłowicz