Dusznicki recital Piotra Pawlaka dał niejakie poczucie sensacji. Młody pianista, ale i matematyk, wskoczył na estradę Dworku Chopina z impetem i nie czekając aż skończą się oklaski i ludzie przygotują swoje percepcyjne anteny uderzył pierwsze akordy Beethovenowsko-Lisztowskiego dzieła. Tak czynią artyści, którzy chcą przekonać zebranych, że muzyka ich rozsadza od środka i nie ma co marnować czasu na jakieś konwenanse, nastrajanie się i szukanie symptomów natchnienia.
Energia genialnego symfonika wtopiona w klawiszową wyobraźnię lwa fortepianu dała znakomite owoce, bo zdolności wirtuozowskie wykonawcy sprzęgły się z wyobraźnią kolorystyczną i temperamentem autora poematu Preludia, a melodyczna finezja i talent do przepracowywania prostych tematów posłużyły wszystkim miłośnikom Muzyki przez duże M. Była tu też siła, niekiedy nadmiernie eksponowana, zwłaszcza w wydobywaniu groźnych tonów niskich specjalnie postawionego na estradzie fortepianu Kawai.

Eroica była głównym daniem recitalu i na tym można by skupić całą uwagę. Był tu z początku wybuch entuzjazmu dla bohatera, który wypełnił część pierwszą. Beethoven stworzył dla tego Allegro con brio swoistą formę rozkołysanej radości, którą pisząc swoją VI Symfonię wstawił do optymistycznego w swym przebiegu finału. Cóż kiedy poczynania bohatera, któremu chciał dedykować III Symfonię rozprysły się jak bańka mydlana. Napisał więc powolną, pogrzebową reakcję na zawiedzione nadzieje, ale Piotr Pawlak poszedł jeszcze dalej. Ze skrajności Allegra wpadł muzycznie w bezdenną rozpacz. Wykonał przerywany dramatycznymi odcinkami ciszy złowrogi Marsz Żałobny grany w wyjątkowo wolnym tempie.
Później znów zmienił nastrój i zaprezentował niezobowiązujące Scherzo jakby zapowiadające Sen Nocy Letniej Mendelssohna, i wreszcie powrócił taneczny, powtarzający kołysanie taniec w ostatniej części, znów bardzo podobny do finału Szóstej Pastoralnej, jakby komputerem odwrócić kolejność dźwięków. Wszystko solidnie skontrastowane dynamicznie i emocjonalnie.
Po przerwie pianista z pełnią szacunku dla patrona Festiwalu poprowadził głęboko uduchowione brzmienia Preludium c-moll Chopina by szybko przeskoczyć do modernistyczno-brutalistycznej IV Sonaty Prokofiewa. Tu także była szansa popisania się doskonałą techniką palcowania, wspomagającą nonkonformistyczne zrywy autora Symfonii Klasycznej.

Ale apogeum wszystkich szalonych figuracji pojawiło się na koniec w efektownym La Valse Maurycego Ravela. Zasnuta woalem tajemniczości aura muzyczna co i raz odsłaniała urywki tańczonego gdzieś na wysokim piętrze walca, do którego Ravel, wspólnie z Piotrem Pawlakiem, dochodzili etapami, by w końcu zanurzyć się w porywającym wszystko wirze. Wykonanie wywołało głośny entuzjazm widowni. Pianista nie mógł pozostać głuchy na tę reakcję i oczywiście zabisował. Najpierw zagrał intelektualnie zawikłane Impromptu Johannesa Brahmsa, a później wrócił do Ravela we fragmencie cyklu Miroirs Alborada del grazioso. To było bardzo subtelne i kulturalne przypomnienie popularnych utworów fortepianowych mistrza, ale już takiego wrzenia jak w jego poemacie La Valsenie sięgało. Bisy więc spełniały odwrotną rolę niż zwykle, łagodziły emocje i obniżały ciśnienie w krwioobiegu.
Joanna Tumiłowicz