Baltic Opera Festival zrodzony nadspodziewanie pięknie z inicjatywy znakomitego międzynarodowego artysty operowego Tomasza Koniecznego, będzie miał swoją kontynuację w przyszłym roku. Co prawda program tej imprezy w cudownie odzyskanym obiekcie Opery Leśnej w Sopocie jest jeszcze owiany tajemnicą, ale z kilku wypowiedzi pomysłodawcy i dyrektora artystycznego możemy już się jakoś przygotować mentalnie.
I znów zapowiada się sensacja. Nie będzie nowej inscenizacji opery Wagnera, ale planuje się pokazanie tej tegorocznej, tyle, że w roli Holendra Tułacza wystąpić ma sam Tomasz Konieczny. Jako główna premiera operowa w leśnej scenerii ma być wystawione jakieś dzieło Giacomo Pucciniego.
Jakie? Sądząc po quasi-marynistycznym libretcie Madama Butterfly, byłyby to erotyczne perypetie porucznika marynarki USA Pinkertona i gejszy Cho-Cho-San. Nie jest jednak wykluczone, że organizatorzy festiwalu wybiorą wersję zaimportowaną np. z nowo powstałej Opery Lubelskiej, gdzie na jesieni planuje się premierę Toski. No i wreszcie zobaczymy coś ściśle polskiego. Idąc za ciosem, którym było sprowadzenie z Krakowa do Opery Bałtyckiej operetki Karola Szymanowskiego Loteria na mężów, absolutnego rodzynka w twórczości tego kompozytora, tym razem zapowiedziana jest inna operetka kompletnie zapomnianego (nie wspomina się o nim nawet w wielotomowej Encyklopedii Muzycznej PWM) Józefa Beera.
Chodzi o jego Polskie wesele. Radosny i wesoło traktowany temat matrymonialny najwyraźniej zdominuje polską odnogę festiwalu. Bardzo ubawiliśmy się na Loterii na mężów, czyli Narzeczonym numer 69, bo choć tempo rozwoju intrygi tej operetki było nieco ospałe, to jednak poszczególne pomysły inscenizatorskie Marcina Sławińskiego skrzyły się humorem i wigorem.
Dyrygent Piotr Sułkowski w sposób pyszny wyegzekwował od orkiestry i solistów oraz chóru pełne tanecznego temperamentu frazy imitujące niekiedy operetki Johana Straussa, nie zapominając, że jednak Szymanowski wpuścił do polskiej muzyki sporo fakturalnej swobody. Cudów scenicznego komizmu i wokalnej nonszalancji dokonywali młodzi artyści zaangażowani przez Operę Krakowską, zwłaszcza sceniczni bracia Helgoland – Szymon Raczkowski i Adrian Domarecki.
Zupełną sensacją okazał się Papa Helgoland czyli tenor Tomasz Kuk, który porzucił swój cierpiętniczy styl kreowania postaci nieszczęśliwych kochanków i stał się zabawnym, filuternym i dosyć skocznym odtwórcą roli nestora amerykańskiego rodu. Rolę podstępnego impresaria wędrującego po kraju z loterią pozwalającą nawet starym pannom zdobyć męża, powierzono przybyłemu z Ukrainy barytonowi Stepanowi Drobitowi. Kobieca stawka też miała mnóstwo zalet. Postać dostojnej matrony Pani Troodwood kreowała Magdalena Barylak, a spóźnionej w kolejce po męża jej córce Sarze udzieliła głosu Justyna Khil.
Znakomicie też poradziły sobie w tej operetkowej konwencji inne, stanowiące tło dla głównej amantki, panienki z podwójnymi literkami w imieniu: Molly, Ketty, Fanny, Lotti oraz Mimi. Całość została barwnie oprawiona scenograficznie przez Natalię Kitamikado, która zainspirowała się staroświeckimi ogłoszeniami z prasy anglosaskiej, oraz stylizującą kostiumy męskie i damskie na początek XX wieku Izabellę Chełkowską-Wolczyńską.

Pole do popisu wizualnego będą mieli też realizatorzy przyszłorocznej premiery już zapowiadanego Polskiego wesela Józefa Beera. On to bowiem na scenie w Zurychu w1937 roku pokazał po raz pierwszy operetkę Polnische Hochzeit (Polskie wesele) z niemieckim librettem. Operetkę tę wykonywano jeszcze przed wojną na ponad 40 scenach w całej Europie i przetłumaczono ją na 8 języków. W Polsce – też. Zobaczyli ją w 1937 roku widzowie w Bydgoszczy, a potem dopiero w 2020 wykonał wersję koncertową Łukasz Borowicz.
Co można powiedzieć o muzyce Józefa Beera, który uważał sam siebie za kompozytora operowego? Jest barwna, zawiera sporo motywów ludowych, a stylistycznie przypomina najznakomitsze opracowania Tadeusza Sygietyńskiego dla Mazowsza. Kompozytor zmarł w Nicei w 1987 roku, a w czasie wojny uciekał przez wiele granic przed faszystowskimi siepaczami. Operetka Polskie wesele opowiada o perypetiach miłosnych Polaków, którzy w latach zaborów także starali się ratować przechodząc przez granice do swoich rodaków pod inne panowanie. Ciekawe jaką formułę przyjmą realizatorzy tego przedstawienia w przyszłym roku.
Joanna Tumiłowicz