Okazały się one szczęśliwymi dla po raz trzynasty odbywajacego się sopockiego festiwalu, organizowanego przez Polską Filharmonię Kameralną, oraz siódmego, co dwa lata towarzyszącego mu Konkursu kompozytorskiego imienia Krzysztofa Pendereckiego. Tym razem jury pod przewodnictwem Krzysztofa Meyera najwyżej oceniło kompozycję JWIBULNORI koreańskiego twórcy Sangjuna Lee (studenta Miłosza Bembinowa w warszawskiej Akademii Muzycznej), przyznając mu drugą nagrodę. Zgodnie z regulaminem jest to utwór przeznaczony na instrumenty smyczkowe. Składa się z trzech części i w przeważającej mierze odznacza się świetlistą fakturą oraz eksploruje różne jakości brzmieniowe.

Urwany akord na zakończenie drugiego ogniwa uznać można za swoisty ukłon w stronę patrona konkursu, który z upodobaniem wieńczył swoje dzieła czystymi akordami durowymi. Z kolei finał znamionuje narastająca dynamika i operowanie ostrymi, dysonansowymi zestawieniami dźwiękowymi. Na mnie jednak z całego programu koncertu 4 lipca największe wrażenie wywarło Lamento na obój i smyczki Joanny Wnuk-Nazarowej, jurorki wspomnianego konkursu.

Przebieg muzyczny w znacznej mierze oparty na progresji oraz efekcie crescenda i decrescenda, z zastosowaniem rozszerzonej, perkusyjnej artykulacji (uderzenia dłońmi o pudła rezonansowe) oraz niezwykłego w tym rodzaju muzyki instrumentu - piły (wprowadził ją także w zakończeniu Króla Ubu Krzysztof Penderecki) – której wibrujący dźwięk brzmiał w uszach niczym instrumenty elektroniczne: teremin czy fale Martenota (zagrał na niej Andrzej Sławomir Kiełbowicz), dostarcza słuchaczowi wiele estetycznej satysfakcji.
Wymyka się zarazem uproszczonej klasyfikacji: nie będąc ostentacyjnie nowoczesnym, unika zarazem znamion epigońskości, czego nie zawsze da się powiedzieć o późnym stylu samego Krzysztofa Pendereckiego. Bez wątpienia przynależy do niego przedstawiona tego wieczora II Sinfonietta, ze śpiewającym obojem w partii solowej, albowiem, jak przystało na twórcę oper, w znacznym stopniu pomyślana została wokalnie, zwłaszcza w ustępach lirycznej natury jak otwierający Nokturn w tempie Adagia, utrzymana w rytmie walca Serenada czy zamykające ogniwo pod tytułem Pożegnanie.

Bardziej wirtuozowskie zacięcie posiada Scherzo w tempie Vivacissima, z krótkim solo altówkowym, przeniesionym z pierwotnej wersji utworu czyli Kwartetu na klarnet i trio smyczkowe, podobnie jak koncertująca partia skrzypiec w wykonaniu Anny Wieczerzak w Larghetto czyli wspomnianym Pożegnaniu.
Mariusz Pędziałek wydobył przywołane pierwiastki przebiegu muzycznego, a prowadzący całość z Polską Filharmonią Kameralną Rafał Janiak, kolejny juror konkursu, skupił się przede wszystkim na zawartym w utworze czynniku wyrazowym. O ile rozdział muzyki zapisany przez Krzysztofa Pendereckiego jest już zamknięty, o tyle na paradoks zakrawa, że z przedstawionych tego wieczora utworów żyjących autorów, to twórczość Wnuk-Nazarowej, postaci od dawna obecnej w polskim życiu muzycznym, pozostaje najbardziej obiecującą na przyszłość.
Nazajutrz w kościele św. Jerzego wystąpiła barokowa formacja les Arts Florissants, od klawesynu kierowana przez Williama Christiego. Niedyspozycja wyeliminowała wszakże kontratenora Carla Vistolego, tak że trzeba było w znacznym stopniu zmodyfikować program. W tej sytuacji pierwotnie zaplanowane duety należało zastąpić solowymi ariami. I prawdopodobnie zamiana ta wcale nie wyszła na gorsze, a to dzięki pozostałemu w grze Hughowi Cuttingowi. Młody artysta dysponuje głosem pozbawionym tembru charakterystycznego dla falsetystów.
Gdyby go słuchać z zamkniętymi oczyma, można by sądzić, iż ma się do czynienia z rasowym kontraltem, swobodnie poruszającym się w rejestrze głosu średniego, a posiadającym przy tym szlachetny, ciemny odcień altowy, nadający śpiewowi znaczną dozę ekspresji. A przy tym do jego atutów należy umiejętność prowadzenia kantyleny oraz właściwego kształtowania frazy.

W zależności od utworu i kompozytora, a co za tym idzie epoki i właściwego dla niej stylu wykonawczego, śpiewak stosuje odpowiedni rodzaj artykulacji, operuje odmienną barwą. W arii Ottona „E pur io torno” z Koronacji Poppei Claudia Monteverdiego imponował przede wszystkim nieskazitelnym kreśleniem ozdobnych melizmatów. Z operowego repertuaru Haendlowskiego wybrał z kolei dwie, jakże różne arie typu da capo. Ta Bertarida „Dove sei, amato bene?” z Rodelindy HWV 19 posiada wolne ogniwa skrajne i wymaga większej koncentracji na czynniku wyrazowym, podczas gdy Ottona „Lusinghiera mia speranza” z Agrypiny HWV 6 składa się z szybkich ustępów ramowych, stwarzających okazję do wirtuozowskiego popisu.
Z kolei w kantacie Cessate, ormai cessate RV 684 Antonia Vivaldiego nadał głosowi odmienne cechy barwowe, czyniąc go w górnym rejestrze jasnym i dźwięcznym, o wyraźnie metalicznym zabarwieniu. Niekiedy artykulacja odznaczała się stopniowym rozszerzaniem dynamicznym intonowanego dźwięku, a całość zwieńczył artysta nieco humorystycznym zejściem do przyrodzonego sobie rejestru barytonowego.
Spodziewałem się obcowania z kolejnym kontratenorem, jakich wielu już słyszałem, a tu nastąpiła miła niespodzianka w osobie artysty, który nie tylko dostarcza doraźnej satysfakcji, ale zapowiada się na muzyka wielkiego formatu. Na jego tle zespół les Arts Florissants, który swe miano zaczerpnął z tak brzmiącego tytułu opery Marc-Antoine'a Charpentiera, wypadł dość blado, zwłaszcza w repertuarze czysto instrumentalnym.
Były to solidne, chciałoby się rzec akademickie odczytania sonat Dario Castella, Giovanniego Battisty Fontany czy Antonia Vivaldiego. Więcej pomysłowości pojawiło się w ekspresyjnym ściszaniu w Chaconne B-dur op. 12 nr 2 Antonia Caldary. Tym razem rozkwitały nie tyle sztuki, ile niezwykły głos solisty. Do rozległej formuły programowej, łączącej ambitne propozycje repertuarowe z gatunkami bardziej przystępnymi i popularnymi, nawiązał koncert wieńczący festiwal 9 lipca w Operze Leśnej, z udziałem mezzosopranistki Joyce DiDonato. Dotyczyło to zarówno jej występu, jak i uzupełniających program ustępów instrumentalnych. Do tych pierwszych należała bez wątpienia dźwiękonaśladowcza kompozycja Heinricha Ignaza Franza von Bibera Bitwa (Battalia) z pomysłowymi efektami artykulacyjnymi jak uderzenia con legno (drzewcem smyczków) oraz ostrymi brzmieniami dysonansowymi.
Stanowiła ona wstęp do dwóch arii tytułowego bohatera Haendlowskiego Kserksesa HWV 40, partii odziedziczonej przez mezzosoprany po kastratach. W pierwszej, powolnej „Ombra mai fu”, artystka skupiła się na wzorowym śpiewie legato, w drugiej „Crude furie degl' orridi abissi”, należącej do gatunku określanego mianem „gniewu” i utrzymanej w szybkim tempie, na realizacji ozdobnych melizmatów.
Również spadkiem po kastratach jest aria Sekstusa „Deh! per questo” z Łaskawości Tytusa KV 621, w której imponowało prowadzenie frazy i wyrównane brzmienie głosu w górze skali, choć wrażenie osłabiało nagłośnienie, czyniące słyszalną technikę oddechową (do Mozarta śpiewaczka powróciła w bisie, arietcie Cherubina „Voi che sapete che cosa è amor” z Wesela Figara KV 492).
Kiedy indziej eksponowało natomiast momentami ostre brzmienie i nadmiar wibrata, na przykład w Habanerze z Carmen. W pierwszym przypadku arię poprzedziła uwertura do wspomnianej opery, w drugim suita, a faktycznie potpourri, trochę kuriozalnie ułożone z tematów z opery Bizeta: drugiej części uwertury, wstępu do czwartego aktu, początku uwertury oraz arii toreadora, przy czym partię wokalną realizował trębacz Jakub Piekutowski. Najbardziej ambitnie pomyślano początek drugiej części, rozpoczynając ją Wstępem do Wagnerowskiego Tristana i Izoldy, z jego uniesieniami i harmonicznymi osobliwościami, po czym nastąpiły trzy z pięciu Mahlerowskich Pieśni do słów Rückerta (jako drugi bis zabrzmiała natomiast jedna z czterech ostatnich pieśni Richarda Straussa – Morgen).
Co prawda wzmacniacze i głośniki sprawiły, że w Liebst du um Schönheit niuansów dynamicznych można się było jedynie domyślać, ale już w Ich bin der Welt abhanden gekommen ujmowały długie kantylenowe frazy i ustępy śpiewane mezza voce. Dalej mieliśmy do czynienia z repertuarem zdecydowanie popularnym. A więc ze złożoną z materiału tematycznego uwerturą do zarzueli Niesforna (la Revoltosa) Ruperta Chapiego oraz arią „De España vengo„ z innego utworu tego gatunku, a mianowicie Żydowskiego dziecka (el Niño Judio) Pabla Luny.
Poza tym z suitą z muzyki Richarda Rodgersa do filmu Roberta Wise'a Dźwięki muzyki oraz piosenką Harolda Arlena i Yipa Harburga „Somewhere over the Rainbow” z filmu Victora Fleminga Czarnoksiężnik z Oz. Głos Joyce DiDonato nie posiada indywidualnego tembru, pozwalającego rozpoznać go po kilku zaledwie taktach, jak to było w przypadku chociażby Grace Bumbry w tej samej kategorii.

Ponadto artystka posługuje się dość bezosobowym stylem wykonawczym, skrywając się za tekstem muzycznym i jego ścisłą realizacją. Michał Klauza, prowadzący tego wieczora zespół organizatorów festiwalu – orkiestrę Polskiej Filharmonii Kameralnej – mimo wspomnianego nagłośnienia potrafił niekiedy wydobywać subtelności partytury, na przykład agogiczne i instrumentacyjne we wstępie do czwartego aktu Carmen. Koncert zbiegł się z obchodzonym tego dnia jubileuszem 75-lecia urodzin Wojciecha Rajskiego, założyciela i dyrektora artystycznego Polskiej Filharmonii Kameralnej w Sopocie oraz pomysłodawcy organizowanego przez nią festiwalu.
Lesław Czapliński