Ten spektakl nie za bardzo nadawał się do tworzenia zeń filmu operowego. Bowiem w większości scena pogrążona była w ciemności, część wizualną stanowiły animacje w postaci nagranych fal morskich, a dodatkowo soliści nie przeszliby castingu na role pociągających amantów.

Od strony muzycznej spektakl nagrany podczas festiwalu Maggio Musicale Fiorentino pod dyrekcją Fabio Luisiego, był jednak co najmniej poprawny. Dobrzy śpiewacy z mocnymi głosami nadający się do ról wagnerowskich, to oczywiście podstawa powodzenia wystawienia opery. Miejscowy chór Coro Ars Lyrica był niestety taki sobie. Skazanego na wieczną tułaczkę po morzach Holendra zagrał i zaśpiewał bardzo muzykalnie i emocjonalnie niemiecki bas-baryton Thomas Gazheli. Zachowywał się i wyglądał niemalże jak żywy trup.
W swojej głównej arii, gdy uskarżał się na los, zmienił barwę głosu, zdeformował go, wyciszył jakby miał zacząć płakać. To było coś oryginalnego. Do roli Senty zakochanej w Holendrze zaangażowano Marjorie Owens, kobietę-czołg z mocnym dobrze prowadzonym głosem. Tutaj spotkała nas niespodzianka, bo kostiumolożka wymyśliła dla niej suknię eksponującą wszystkie niedostatki ogromnej figury.

Gabriella Ingram, jak się okazuje specjalizująca się w projektowaniu damskich torebek, ubrała Sentę jak nietypową torebkę, dodając jakieś zdobienia i falbanki, zamiast po prostu starać się wyciągnąć wizualnie jej postać. Z innymi bohaterami poszło jej lepiej. Poszkodowanego narzeczonego Senty Eryka (w tej roli nie najmłodszy Bernhard Berchthold, ale bardzo dobry wokalnie) odziała w bluzę z licznymi kieszonkami na naboje – bo Eryk był myśliwym.

Panie będące prządkami, które usadzono przy maszynach do szycia, ubrane były całkiem po domowemu, niektóre miały tylko berety, zaś marynarzy odziała w długie nieprzemakalne płaszcze, a na głowach - zydwestki. Przeniesienie przez szkockiego reżysera Paula Currana akcji opery z XVIII czy XIX wieku do czasów lat 20 XX wieku, niewiele zmieniło w percepcji opery. Może nawet popsuło efekt, bo kolekcjonowanie przez Sentę wyciętych z gazety obrazków z Latającym Holendrem i naklejanie ich na ścianie pracowni szwalniczej, wypadło tyleż infantylnie co wręcz śmiesznie. Reżyserska lichota wizualna florenckiej rejestracji przedstawienia wzmocniła moją opinię – Tego nie należało nagrywać dla widzów kinowych.
Joanna Tumiłowicz