W konwencji commedia dell'arte, czyli nieustannego pajacowania, zaprezentowano operę L’Italiana in Algeri (Włoszka w Algierze) Gioacchina Rossiniego w Polskiej Operze Królewskiej. Muzycznie zgrabne buffo przygotowano pod kierunkiem Jitki Stokalskiej (i Dawida Runtza) w postaci mega zabawnej.

Na scenie panuje nieustanny ruch, a siedmioro mimów ma za zadanie wykonywać non-stop rozmaite sztuczki, aby nie było nudno. W sumie najbardziej obciążoną wykonawczo grupą zawodową są cztery zgrabne dziewczyny w hajdawerach i trzej brodaci panowie. Aż dziw, że nie kazano im także śpiewać, bo nie mają w tej operze wolnej chwili na odpoczynek. Wykonują mnóstwo, często zupełnie niepotrzebnych ruchów, nie mających żadnego związku z akcją, ale widać reżyserka nie uznała, iż muzyka także ma znaczenie dramaturgiczne.
Od wokaliz są jednak soliści, aż trzy oddzielne obsady, bo śpiewanie jest zaiste bardzo trudne i wyczerpujące. Rossini znał się na głosach jak mało kto, ale potrafił też stworzyć dla nich zadania karkołomne, upstrzone licznymi koloraturami, co niestety nie każdemu wychodzi na dobre. Niezbyt szykowną wersję tych wokalnych ozdobników stworzyła dawno temu Cecila Bartoli, bo przypominały one gdakanie kury, ale w niektórych kręgach przyjął się taki wzór. Jego wyznawcą stał się Robert Gierlach, odtwórca roli Mustafy, który jest jakoby dostojnikiem algierskim – bejem, ale nie wiadomo dlaczego rzecz dzieje się w Turcji.

Nikt jednak nie zadaje głupich pytań gdzie Algier, a gdzie Stambuł, bo ma być zabawnie. I jest. Mustafa koloraturowo gdacze, nadyma się, forsuje i przewraca oczami. Kulminacja jego roli następuje w finale opery, gdy obdarzony tytułem Pappataci'ego napycha sobie usta autentycznym makaronem i nadal śpiewa.

Najlepszą muzycznie, ruchowo i reżysersko sceną jest jednak septet w formie wielkiej fugi na koniec pierwszego aktu, gdzie każda z postaci zmienia się w figurkę ze staroświeckiej pozytywki i wykonuje właściwe sobie mechaniczne ruchy. To zapewne pomysł specjalistki od ruchu scenicznego Alisy Makarenko i niestety jest wykorzystany w operze tylko raz. Tytułową Włoszką została mezzosopranistka Aneta Łukaszewicz i ona dzierży w tej obsadzie wokalną palmę pierwszeństwa.
Świetnie brzmią jej niskie tony, ale bez zarzutu są także wysokie. Pulchność sylwetki dodatkowo uwiarygodnia ideał kobiety Orientu. Legalną żoną Mustafy stała się Elwira-Tatiana Hempel-Gierlach, której głos miejscami nadmiernie wibruje i jest nieprzyjemny w brzmieniu. Powiernicą Elwiry jest jak zwykle niezawodna Dorota Lachowicz.

Bardzo pozytywne wrażenie sprawia młody tenor Sebastian Mach, bo dobrze radzi sobie z niewygodnymi górami i zdradzieckimi koloraturami. Nie ma w nim natomiast „pajacowatej zgrywy”. Metaliczną barwę głosu proponuje zabawny „wujek” Włoszki Witold Żołądkiewicz, zaś totumfackim Mustafy, bez konieczności śpiewania koloratur, stał się Sławomir Jurczak.

Warto zwrócić uwagę, że także pałeczka dyrygencka w tej operze ma podwójną obsadę – tutaj sprawnie popisał się nią Karol Szwech. Nie od rzeczy jest wspomnieć o stylowej scenografii i kostiumach autorstwa Marleny Skoneczko, co w skromnych warunkach technicznych Teatru Stanisławowskiego w Łazienkach Królewskich, wymaga osobnych kompetencji. Zaś żaglowiec, którym z tureckiej (algierskiej) niewoli włoscy niewolnicy uciekają do ojczyzny, rzeczywiście wpływa na scenę. I jest to dzieło autora projekcji Marka Zamojskiego. Dobra robota.
Joanna Tumiłowicz