W 1790 roku francuskie Zgromadzenie Narodowe rozwiązało wszystkie religijne zakony, a żyjące w nich osoby duchowne zmusiło do powrotu do życia świeckiego. Otrzymały one zakaz gromadzenia się, noszenia habitów czy utrzymywania kontaktów z księżmi. Jednocześnie kościelne dobra zostały skonfiskowane i przekazane „narodowi”. Ốwczesne władze przedstawiały owo upokarzające członków kongregacji prawo jako zasługujące na dozgonną wdzięczność wyzwolenie zakonnic i zakonników z jakoby przymusowego uwięzienia w klasztorach.
Próby ich sprzeciwiania się nowemu porządkowi politycznemu były traktowane jako wchodzenie w zmowę z wrogami rewolucji i spotykały się z krwawymi represjami. W roku 1794 o właśnie taką „zbrodnię” oskarżono karmelitanki z usytuowanego na północ od Paryża miasta Compiègne. Szesnaście z nich zostało ściętych gilotyną niedługo przed upadkiem Robespierre’a i końcem Terroru.

Historia ta zainspirowała niemiecką poetkę i powieściopisarkę Gertrudę von Le Fort, która poświęciła bezlitośnie straconym siostrom zakonnym nowelę „Ostatnia na szafot” („Die letzte am Schaffot”). W roku 1948 na podstawie tej noweli miał powstać film z dialogami zredagowanymi przez Georges’a Bernanosa, który ostatecznie wykorzystał je jednak do napisania sztuki teatralnej Dialogi karmelitanek. Francuski pisarz katolicki porusza w niej fundamentalne wątki indywidualnego zaangażowania w kontekście wiary, dramatycznych zmagań wewnętrznych w obliczu śmierci oraz odmowy pójścia na jakiekolwiek kompromisy i ustępstwa wobec swoich przekonań. Centralną postacią całej narracji jest młoda Blanche de la Force, początkowo ukazana w swoim rodzinnym arystokratycznym środowisku, reprezentowanym przez jej ojca, Markiza de la Force, i jej brata, Kawalera de la Force.
Nie mogąca się odnaleźć w otaczającym ją świecie dziewczyna postanawia wstąpić do zgromadzenia karmelitanek, nie przeczuwając jeszcze, iż owo powołanie doprowadzi ją podczas dramatycznych wydarzeń historycznych do świadomego złożenia ofiary ze swojego życia. Należy podkreślić, że sztuka Bernanosa nie zawiera linearnej akcji, lecz jest raczej literaturą utkaną z medytacyjnych rozważań i refleksji.
Nic zatem dziwnego, że Francis Poulenc dostrzegł w niej doskonałą materię do skomponowania opery, a zarazem idealną okazję do dokonania syntezy pomiędzy swoim gorącym pragnieniem zmierzenia się z dziełem lirycznym i wynikającymi z chrześcijańskiej wiary aspiracjami artystycznymi. Ważne też dla niego było bezpośrednie dotarcie do publiczności, przy jednoczesnym pozostaniu wiernym własnemu stylowi i nieuleganiu nowej estetyce, która mu - jak to miał w zwyczaju powtarzać - „nie pasowała”.

Bogate życie duchowe kompozytora wpływało decydująco na koncentrowanie się Poulenca podczas procesu twórczego właśnie na mistycznym wymiarze powstającego dzieła. Jego prapremiera miała miejsce w mediolańskiej La Scali w styczniu 1957 roku i od razu spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem publiczności, powtórzonym jeszcze tego samego roku na scenie paryskiej. Polska premiera odbyła się zaś dopiero w 2000 roku w Teatrze Wielkim w Łodzi. Dodajmy jeszcze, że obecnie Dialogi karmelitanek stanowią jeden z ważnych filarów repertuaru teatrów operowych na całym świecie. Nie oznacza to wszakże, że rzeczona pozycja łatwo wypełnia widownię publicznością, co mogłem na przykład osobiście z zaskoczeniem stwierdzić parę lat temu w Operze w Awinionie, kiedy nowa inscenizacja była prezentowana przy dość ograniczonej liczbie widzów.
Prawdopodobnie niektórych z nich może zniechęcać bardzo mocno eksponowana chrześcijanska wymowa opery, innych powstrzymuje jej trudna dla nich do udźwignięcia warstwa emocjonalna, a jeszcze inna część publiczności nie odnajduje się w charakterze - przystępnego przecież - języka muzycznego Poulenca.
Na szczęście prezentowana teraz w Opéra Royal de Wallonie w belgijskim mieście Liège realizacja omawianego dzieła - zamykająca bieżący sezon artystyczny tej placówki - wypełniła szczelnie widownię osobami reprezentującymi dość szeroki przedział wiekowy.
Trzeba jednak od razu powiedzieć, że chociaż w propozycji scenicznej reżyserki Marie Lambert-Le Bihan - współpracującej przy tej okazji z Cécile Trémolières, scenografką i kostiumolożką w jednej osobie, oraz autorką ustawień świetlnych Flammettą Baldiserri - nie brakuje frapujących obrazów, to niektóre pomysły przynoszą także pewne rozczarowanie. W pierwszej części przedstawienia minimalistyczna oprawa plastyczna jest zdominowana przez wznoszące się wysoko półkoliste ściany symbolizujące nawę główną klasztornego kościoła. W drugiej części spektaklu owe ściany zostają uniesione do góry, odsłaniając pustą i przerażającą przestrzeń, w której rozegra się dramat skazanych na śmierć karmelitanek. W pewnym momencie reżyserka niespodziewanie zaskakuje widza delikatnym sugerowaniem istnienia kazirodczego związku pomiędzy Blanche de la Force i jej bratem, co w zredagowanym przez samego Poulenca na podstawie tekstu Bernanosa libretcie nie znajduje przecież żadnego uzasadnienia.
Inną nietrafioną koncepcją okazuje się sposób rozegrania sceny agonii Przeoryszy de Croisy, która według reżyserki umiera w wyniku jakiegoś bliżej nieokreślonego stanu zapalnego żył na nogach, zbyt dosadnie tutaj zilustrowanego, a nie - jak mówi libretto - z powodu duchowego załamania i nagłej utraty wiary, co skutkuje wypowiadaniem przez schorowaną kobietę szokujących jej podopieczne bluźnierstw. Nie do końca też udaje się Lambert-Le Bihan celne charakteryzowanie licznych obecnych w tym samym czasie na scenie postaci, co niekiedy utrudnia ich odróżnianie i tym samym czyni niektore odsłony mało czytelnymi.
Natomiast duże uznanie należy się reżyserce za niezwykle poruszającą aranżację finału opery, kiedy uniesiona do góry i ustawiona pionowo platforma przyjmuje złowrogi aspekt ogromnej gilotyny, pod którą ustawione w półkolu karmelitanki spektakularnie skaczą kolejno w ciemną otchłań, co symbolizuje ich męczeńską śmierć. W prezentującej dość zróżnicowany poziom obsadzie solistów największe wątpliwości budzi występ Alexandry Marcellier w roli Blanche de la Force.
Otóż zarówno w sztuce Bernanosa, jak i w operze Poulenca, jawi się ona jako zalękniona, bojaźliwa i podszyta lękiem dziewczyna, zdolna jednak w momencie próby do wzniesienia się na szczyty wielkiej odwagi i poczucia honoru. Niestety francuska sopranistka nie jest w stanie ani aktorsko ani wokalnie pokazać ewolucji tej skomplikowanej pod względem psychologicznym postaci, a jej ostry i stale utrzymywany na maksymalnym poziomie emocjonalnym śpiew wywołuje u słuchacza frustrację i zmęczenie, zatracając przy tym głęboko ludzki wymiar. Dużo ciekawiej prezentuje się Sheva Tehoval, kreująca postać beztroskiej, naturalnej, szlachetnej i wesołej siostry Konstancji, ujmująca dźwięcznym i jasnym sopranem o dużej urodzie brzmienia.
Bulwersującą kreacją wyróżnia się mezzosopranistka Julie Pasturaud, ukazująca Przeoryszę de Croissy jako kobietę niejako walczącą przeciwko sobie w imię religijnego oddania, która dopiero w godzinie śmierci nabiera prawdziwie ludzkich rysów. Obok niej uwagę przykuwa Claire Antoine, śpiewająca partię Madame Lidoine, nowej Przeoryszy, jakby pozbawionej prawa do indywidualnego życia na rzecz służenia wspólnocie sióstr.
Podoba się też wyrazistość wokalna kanadyjskiej mezzosopranistki Julie Boulianne, celnie uwydatniającej siłę charakteru do końca wiernej swemu powołaniu siostry Matki Marii od Wcielenia Bożego. Ponadto nie zawodzą również wcielający się w Markiza de la Force baryton Patrick Bolleire i występujący jako Kawaler de la Force tenor Bogdan Volkov, zaś miejscowy chór daje popisową lekcję zbiorowej muzykalności.
Najwięcej satysfakcji przynosi jednak gra Orkiestry Opéra Royal de Wallonie, którą prowadzi pełniąca tutaj w latach 2017 – 2022 funkcję dyrektorki muzycznej maestra Speranza Scappucci. Pamiętając o tym, jak dużą wagę przywiązywał Poulenc do zgrania rytmu i akcentów prozodii tekstu z muzyką, potrafi ona nadać całej interpretacji odpowiedniej plastyczności i ekspresji, rewelacyjnie dozując kulminacje, dopracowując motywy i frazy oraz kontrastując wyrazowo i przestrzennie wszelkie interwencje orkiestry o dynamice bezbłędnie dopasowanej do śpiewu solistów. Darząca włoską dyrygentkę wielką sympatią publiczność nagrodziła jej występ gorącymi i zdającymi się nie mieć końca owacjami.
Leszek Bernat