Skoro od początku zamierza ją porzucić, zanim jeszcze się ożeni, wznosząc toast za przyszłą prawdziwą narzeczoną, którą znajdzie oczywiście w Ameryce. Co prawda konsul Sharpless przestrzega go przed igraniem z uczuciem łatwowiernej dziewczyny, później, niczym Mozartowski Guglielmo Fiordiligi, tak on Pinkertona nazwie diabłem wcielonym, ale ostatecznie weźmie czynny udział w faktycznej egzekucji kobiety, jaką staje się pozbawienie jej dziecka.

Zresztą do pewnego stopnia sama wydała na siebie wyrok, kiedy zdradziła się przed nim z posiadania z Pinkertonem syna, co w jej mniemaniu stanowić miało argument za jego do niej powrotem, a podsunęło jedynie pomysł odebrania potomka, co stanie się powodem tragedii. Cho-Cho-san zresztą była wyjątkiem, albowiem większość sezonowych żon cudzoziemców nie traktowała tego poważnie i zadowalała się pienieżnym ekwiwalentem, na przykład Pani Chryzantema Pierre'a Lotiego, będąca jednym z pierwowzorów opery Giacomo Pucciniego.
Na zakończenie 78 sezonu artystycznego na czas remontu bytomskiej siedziby bezdomnej Opery Śląskiej 20 czerwca 2023 na scenie Teatru Śląskiego im. St. Wyspiańskiego w Katowicach dano właśnie Madama Butterfly w liczącej 35 lat inscenizacji Henryka Konwińskiego. Wpisuje się ona w tradycyjne ujęcia japońskich realiów, a przynajmniej na operowych scenach za takowe uchodzących, i bez ostentacyjnego oznaczania konkretnego czasu akcji.
A zatem scenografia Jan Bernasia osadza ją w domku z rozsuwanymi ścianami, a miejscowe postacie przyodziewa w kimona (moja Babcia opowiadała o wykonującej tytułową partię Teiko Kiwie, córce Japonki i Holendra, która dla wzmocnienia rodzajowości woziła ze sobą kolekcję żywych świerszczy).

Była to też druga po Carmen oglądana przeze mnie opera (z Heleną Szubertówną i Adamem Szybowskim), stąd żywię do niej szczególny sentyment. Śląskie przedstawienie stało na wyrównanym poziomie, nie mając właściwie słabych stron, poza może nadmierną dynamiką wynikającą prawdopodobnie z nagłośnienia. Anna Wiśniewska-Schoppa w tytułowej roli postawiła na dramatyzm w ujęciu postaci. Stąd w jej wykonaniu bardziej podobała mi się druga aria w formie sekwencyjnego lamentu Che tua madre dovrà, a na przestrzeni całego występu doradzałbym ograniczenie wibrata. Łukasz Załęski, odtwórca niewdzięcznej roli Pinkertona rozporządza tenorem typu lirico spinto, w pełni go do niej predestynującym.
Dobrze ustawionym, o prawidłowej emisji, nie forsującym brzmienia, a co za tym idzie dostarczającym publiczności znacznej satysfakcji. Niezawodny Stanisław Kufluk jako Sharpless budował głosem wizerunek postaci powściągliwego dyplomaty, a za sprawą nienagannego obejścia dodatkowo czynił go wiarygodnym aktorsko. Z kolei Jarosław Bielecki dowiódł, że odpowiednio zaśpiewana charakterystyczna rola Goro bynajmniej nie jest epizodyczna.
W wykonaniu Bogdana Kurowskiego klątwa Bonzy uświadamia ile Puccini zawdzięczał w tym względzie Verdiemu i podobnej sytuacyjnie scenie z Monterrone z Rigoletta tamtego, choć pod względem reźyserskim zabrakło scenie większej grozy, mimo że później dla wejścia niesionego w lektyce Yamadoro znaleziono odpowiednie rozwiązanie.

W pierwszym akcie w grze orkiestry pod dyrekcją Tomasza Tokarczyka brakowało mi większego nerwu dramatycznego między innymi za sprawą zróżnicowania dynamicznego i kontrastów w tym względzie, ale od drugiego rozłożenie akcentów i kulminacji było już w pełni zadowalające (jedynie może wolałbym, aby coro a bocca chiusa na jego koniec było bardziej ściszone), a intermezzo przed trzecim aktem zabrzmiało wręcz rozdzierająco. Po przedstawieniu odbyła się uroczystość w ramach której wręczono statuetki Opery Śląskiej instytucjom z Katowic, Chorzowa, Bytomia i Dąbrowy Górniczej udostępniającym jej swoje sceny oraz zasłużonemu śpiewakowi i znanemu pedagogowi śpiewu Janowi Ballarinowi.
Lesław Czapliński