Obecność na dwugodzinnym Koncecie w ciemności skłania do refleksji nad kondycją szerokiej publiczności, która zjawiła się w Sali Filharmonii Narodowej na występie ARTura Moona. Mnie z początku nazwa wydarzenia kojarzyła się z misterium i z Dziadami Mickiewicza, gdzie ów pogański obrzęd odbywa się w ciemności, a ze sceny padają słowa „Ciemności kryją ziemię”. Tutaj jednak ludzie wypełnili jeszcze oświetloną salę do ostatniego miejsca, bo podziałały na ich wyobraźnię zapowiedzi, że koncert właśnie tego artysty i właśnie w takich warunkach, może mieć właściwości terapeutyczne. A jeśli nawet nie poczują się uleczeni, to będą doznawali niesamowitej przygody wewnętrznej, która może stać się remedium na wyzwania codzienności. Może nawet dokona się w nich ważna przemiana. Moim zdaniem trudno liczyć, że jednorazowe wysłuchanie muzyki, w ciemności czy też w pełnym oświetleniu, stanie się powodem jakichś radykalnych zmian w słuchaczu.

Do tego trzeba by o wiele częściej bywać na koncertach, a może nawet samemu próbować grać lub śpiewać. Tymczasem w Filharmonii pojawiło się wiele osób, które po raz pierwszy w życiu odwiedziły ten gmach, będący przecież „świątynią muzyki”. Nie można jednak odmówić samemu artyście umiejętności przyciągania na własne koncerty i stosowania prostych, ale skutecznych zabiegów promocyjnych. Nie można mu też odmówić sporych umiejętności pianistycznych, które demonstruje w dosyć niecodziennych warunkach, odziany w jakiś niesamowicie długi strój egzotycznego kapłana i gra przy niemal pełnym zaciemnieniu, kiedy publiczność nie widzi artysty i nie ma wzrokowej kontroli, czy on rzeczywiście gra, czy np. wspiera się nagraniem z taśmy. Z tego, co dawało się zobaczyć, grał na fortpeianie, a właściwie na dwóch klawiaturach samodzielnie, zaś aparatura akustyczna zapewniała częściowe nagłośnienie, pogłos, dodatkowy akompaniament czy to smyczków, czy ludzkiego głosu itd. Od strony estetycznej można było mieć tzw. mieszane uczucia, bo zanim koncert się rozpoczął, zanim publiczność wypełniła salę, to z głośników nadawano różne nagrania, czy to Koncertów Brandenburskich Jana Sebastiana Bacha, czy też Muzyki na wodzie Jerzego Fryderyka Haendla traktując te „kawałki” jako wypełniacz czasu przed zasadniczym „daniem” muzycznym. Potraktowanie klasyki w sposób, w jaki stosuje się w sieciowych sklepach wielkopowierzchniowych lub w windach niestety nie skłania do przyjęcia z szacunkiem tego, co zaproponował sam ARTur Moon.
O jego muzycznej edukacji wiemy niewiele, tak jakby artysta wstydził się być może braków akademickiego wykształcenia. W materiałach podaje się jedynie, że ARTur Moon czyli Artur Sychowski jest absolwentem Szkoły Muzycznej im. F. Chopina w Wejherowie. Mężczyzna, który przed występem przywitał publicznóść dodał, że pianista pobierał również nauki u znanego gdańskiego pedagoga prof. Waldemara Romualda Wojtala.
W tym „słowie wstępnym" znalazła się też infomacja porządkowa dla publiczności. Kto opuści salę w trakcie koncertu, nie będzie już mógł powrócić. Skupmy się jednak na samym koncercie i jego zawartości muzycznej. Rozpocząl się on, jeszcze nie w pełnej ciemności, od Uwertury, która miała być hołdem artysty dla Warszawy, dla Polski, dla naszej kultury. W istocie było to bardzo sprawne, miejscami wzbogacane wstawkami improwizowanymi Potpourri czyli wiązaka popularnych melodii, w tym wypadku głównie utworów Fryderyka Chopina.
Tu trafiały się fragmenty Walca, Mazurka, tematu z Koncertu e-moll, ale także Poloneza A-dur, natomiast trochę nieoczekiwanym zakończeniem owej wiązanki był Polonez Pożegnanie Ojczyzny Michała Kleofasa Ogińskiego, który efektowną, wirtuozowską kodą zakończył pierwszą, wstępną część koncertu. Można było docenić zdolności aranżacyjne artysty, choć mam w pamięci rozmaite wiązanki popularnych melodii wykonywane czy to na organach przez prof. Mariana Sawę, czy pianistę Waldemara Malickiego, które wydawały mi się bardziej interesujące.
Drugim punktem programu był właściwy koncert w ciemności, przy wyłączonych światłach, którego niestety wartość muzyczna była znikoma. Pianista grał zapewne improwizowane sekwencje złożone ze stojących wielokrotnie powtarzanych dźwięków do których dołączane były pochody akordowe w górę i w dół skali. Dynamika tych popisów to wzmagała się, to zamierała, ale było to nużące, zbyt długie i niewiele wnoszące.
Kolejną część koncertu artysta wykonał wykorzystując możliwości akustyczne pudła i fortepianu preparowanego, oraz wzbudzania drgań na przygotowanej obok pokaźnej baterii różnych gongów, tam-tamów, mis buddyjskich, które pozwalają uzyskiwać długo trwające, bardzo głośnie (i jeszcze elektronicznie nagłaśniane) dźwięki.
Później znów mieliśmy próbkę tego, co było poprzednio, choć teraz w potoku akordów i repetytywnych ostinat pojawiła się dwa razy melodia Prząśniczki Stanisława Moniuszki, a nawet Poloneza As-dur Chopina. Swoje pianistyczne kwalifikacje artysta potwierdził grając na bis znakomitą hiper-wirtuozowską, jazzową wariację na temat Summer time Georga Gershwina. Ta część występu odbywała się przy dyskretnym oświetleniu pianisty i użyciu dyskotekowej srebrnej kuli świetlnej, która rzucała na salę Filharmonii setki odblasków. Nieliczne osoby opuściły salę przed tym efektownym zakończeniem występu, pozostali uczcili całość stojącą owacją. W jednym z komentarzy po występie dało się słyszeć nadzieję, że chętnie przyszliby jeszcze raz na koncert ARTura Moona zagrany w normalnych warunkach, bez tej mistyczno-świetlnej oprawy przeplatanej wyłączeniem świateł.
Joanna Tumiłowicz