Mój pierwszy obejrzany i wysłuchany Nabuchodonozor (tyt. oryg. Nabucco) Giuseppe Verdiego to było przywiezione przed laty do Krakowa przedstawienie Opery Śląskiej. Później wiele ich było i teraz nastąpił niejako powrót do punktu wyjścia, a więc kolejnego wystawienia tej opery w bytomskim teatrze, tyle że oglądanego w Katowicach.

Jego autor Laco Adamik nawiązał do tradycji inscenizacyjnej z czasów powstania tego dzieła, a więc odtworzenia biblijnych realiów według ówczesnych o nich wyobrażeń, częściowo uzupełnionych o zachowane świadectwa materialne, pochodzące z poszukiwań archeologicznych. Odnosi się to głównie do kostiumów asyryjskich najeźdźców i żydowskich jeńców.

Kontrastują z nimi dekoracje (Jan Bermaś) złożone z podestów nieukrywających swego czysto technicznego przeznaczenia i samej konstrukcji oraz zamykających scenę ścian z neonowym oświetleniem w różnych barwach.Powstaje zatem wrażenie dwóch, nie do końca przystających do siebie światów i stylistyk. Ten rozziew wynika może z faktu, że tym razem spektakl nie jest owocem współpracy reżysera ze stałą partnerką artystyczną Barbarą Kędzierską? Gdy Nabuchodonozor ogłasza się bogiem i dosięga go grom z jasnego nieba, to również widzowie bezpośrednio to odczuwają, gdyż razi ich w oczy frontalne oświetlenie.
Przemysław Neumann przejął prowadzenie orkiestry po swoich poprzednikach, w tym sprawującym kierownictwo muzyczne Tadeuszu Serafinie. Szkoda że nie stonował przejaskrawień Verdiowskiej instrumentacji, na przykład poprzez zmniejszenie dynamiki. W znacznej mierze jest to opera chóralna.
W drugiej części, złożonej z dwóch ostatnich aktów, zespół Opery Śląskiej brzmiał satysfakcjonująco, zarówno w scenie w Ogrodach Semiramidy, jak i w słynnym Va pensiero. Zdecydowanie korzystniej zaprezentowały się głosy niskie. Adam Woźniak w tytułowej partii ujął płynnym prowadzeniem frazy w kawatynie Dio di Giuda z czwartego aktu, a Zbigniew Wunsch jako Zachariasz w podobnym ustępie w drugim Vieni, o Levita.

Iwona Noszczyk muzykalnie zaśpiewała niewielką arię Feneny O dischiuso è il firmamento, niewdzięczną dla wykonawczyń, albowiem wtopiona została w większą scenę, tak że nie mogą one liczyć na oklaski. Należycie zabrzmiał finał z intonowanym a cappella hymnem do Jehowy Servendo a Jehovah i obojowym solo zapowiadającym pojawienie się Abigail, której mordercza partia okazała się pocałunkiem śmierci dla głosu Giuseppiny Strepponi, przyszłej towarzyszki życia i w końcu żony kompozytora. Prezentowana inscenizacja liczy już szesnaście lat. Może czas pomyśleć o nowej, a okazję mógłby stanowić powrót po remoncie na własną scenę w Bytomiu.
Lesław Czapliński