Przegląd nowości

Dyptyk z duchami

Opublikowano: wtorek, 14, marzec 2023 18:40

Dyptyki operowe to niezły wynalazek, bo otrzymujemy w cenie jednego biletu dwie opery, dwie śpiewane historie. Tak więc „nuda”, która niekiedy prześladuje kobylaste przedstawienia klasyczne, ma tutaj mniejsze pole do popisu. Zresztą taki komentarz wyrażający zachwyt usłyszałam wychodząc już po premierze dyptyku: Telefon i Medium Gian Carlo Menottiego w Basenie Artystycznym Warszawskiej Opery Kameralnej. Komentarz brzmiał tak: „Bo to nie była zwykła opera, tylko coś ciekawego”. 

 

Telefon 1

 

Skąd taka opinia? Najbardziej znanym dyptykiem operowym jest wystawienie podczas jednego wieczoru Pajaców Leoncavalla i Rycerskości wieśniaczej Mascagniego. Te dwie krótkie, prawie jednoaktówki operowe połączył styl – weryzm, czyli jakoby pokazanie życia zwykłych ludzi, a nie królów czy bogiń i mitycznych władców. Innym niekiedy spotykanym łącznie dyptykiem są dwie jednoaktówki Stanisława Moniuszki Verbum nobile i Flis. 

 

Telefon 2

 

Jednak ten połączony spektakl, jak i poprzednio omówiony werystyczny, wymagają zaangażowania całej machiny teatralno-muzycznej, chóru, statystów, solidnej orkiestry itd. Do dyptyku Telefon i Medium można było zaangażować kameralny skład orkiestrowy i pięcioro solistów śpiewających oraz zdolnego dyrygenta Kubę Wnuka. Akcja każdej części toczy się w jednym miejscu, co zresztą przy dzisiejszych możliwościach technicznych teatrów nie ma już większego znaczenia. Co ważne – dwie krótkie opery Gian Carlo Menottiego, według libretta samego kompozytora, to na polskich scenach operowych mało znana perełka repertuarowa.


Jej obecny sukces można przypisać nie tylko samemu twórcy, ale także inscenizatorom przedstawienia. Prosty i w tej prostocie genialny był pomysł przeniesienia pierwszego ogniwa Telefon w czasy jak najbardziej współczesne. Kiedy w latach 40. dzieło powstało w USA, nie było jeszcze inwazji telefonów komórkowych i smartfonów. Gadanie do słuchawki choć mocno wciągało typowe plotkarki, nie mogło się równać z epidemią współczesnego dostępu do wymiany myśli (lub tylko słów) w światowych sieciach mobilnych.

 

Telefon 3

 

Reżyser Jakub Przebindowski wykorzystał to zjawisko na swoją korzyść. Lucy, bohaterka pierwszej opowieści, ma w swojej szufladzie kilka, a może nawet kilkanaście komórek, i jej chłopak Ben nie może natrafić na „okienko”, kiedy dziewczyna znajdzie choć chwilę czasu, by wysłuchać jego oświadczyn.

 

Telefon 4

 

Trzeba przyznać, że oboje wykonawcy – Katarzyna Drelich i Artur Janda – pokazali najwyższą klasę aktorską i wokalną, przedstawienie toczy się wartko jak typowa bulwarówka i nie ma nawet sekundy na „operową nudę". Ogromnie ważne dla teatralnej percepcji były „dokrętki" na wielkim ekranie jakoby fototapety, czyli wizualizacje medialne autorstwa Hektora Weriosa, a jeszcze istotniejsze – tłumaczenie libretta na polski dokonane przez mistrza gatunku Michała Wojnarowskiego, m.in. autora wszystkich tekstów musicalowych w Teatrze Roma. Gdyby bowiem długie, choć mało istotne tyrady telefoniczne naszej bohaterki były wypowiadane po angielsku rzecz nie robiłaby takiego wrażenia i stała się mniej wiarygodna. W obecnej formie mamy do czynienia z teatralno-operowym ideałem. 


Druga część dyptyku była poważniejsza i przez to trudniejsza do prezentacji. Niby „zwykły” seans spirytystyczny u kobiety-medium (w tej roli Roksana Wardenga) i kilka osób dotkniętych śmiercią najbliższych, pragnących choć w ten sposób z nimi porozmawiać. Tutaj również wymowie spektaklu dobrze posłużyła eklektyczna muzyka łącząca różne wątki twórczości operowej Pucciniego, Verdiego, Rossiniego, bo Menotti to amerykański Włoch.

 

Telefon 6

 

Jest to komponowane zgodnie z zasadami wokalnymi, choć nie śpiewa się, jak w Telefonie, ognistych koloratur, więcej mamy tonów dramatycznych, bo sprawa dla odmiany jest smutna, wręcz tragiczna. Do realizatorów można mieć jedynie drobną uwagę, że w momencie kulminacyjnym nie skorzystali z bogatego arsenału środków właściwych horrorom, nie było jakiegoś wybuchu, dymu, błyskawic, czy choćby nagłego wygaszenia świateł, bo jak jest ciemno, to wszystkiego się można spodziewać.

 

Telefon 5

 

A my widzimy co się stało i nie gubimy się w domysłach, nie czujemy tajemnicy. Ale to tylko szczegół, ogólnie trzeba przyznać, że Warszawska Opera Kameralna wprowadziła do swojego repertuaru wspaniałą nową pozycję, z jednej strony dosyć przystępną słuchowo, zróżnicowaną scenicznie, dobrze zagraną i zaśpiewaną, z drugiej ambitną, treściowo niebanalną, nawet trochę pouczającą. Dyptyk Gian Carlo Menottiego po premierze w 1947 roku w ciągu tylko jednego sezonu miał aż 211 przedstawień, czyli nie mógł zejść z afisza. Życzymy naszej Kameralnej takiego samego wyniku, bo na to ze wszech miar zasługuje.

                                                                  Joanna Tumiłowicz