|
środa, 28 lipca 2010 |
|
Strona 1 z 2
Cyganeria w przestrzeni Starej Gazowni w Poznaniu zyskała z jednej strony piękną oprawę architektoniczną, z drugiej jednak zachęciła inscenizatorkę, scenografkę i reżyserkę spektaklu do dosyć brutalnego rozprawienia się z tradycyjną wizją opery rozgrywającej się w środowisku paryskiej bohemy artystycznej. W zasadzie do końca przedstawienia trudno było się zgodzić na prowokacyjne, turpistyczne zabiegi Agaty Duda-Gracz, która zapragnęła pokazać akcję tej opery w wyjątkowo obrzydliwy, odrażający sposób. Znarkotyzowani, zapijaczeni artyści nie grzeszą też mówiąc eufemistycznie „zbytnią moralnością" w kontaktach z otoczeniem, a to otoczenie jest jeszcze bardziej patologiczne niż gotowi bylibyśmy przypuścić. Jedyny promyk szczęścia pojawia się w związku zupełnie przypadkowych młodych ludzi, których do tej opery włączyła autorka przedstawienia, bo w jej wizji cała fabuła jest snem śmiertelnie chorej dziewczyny, dotkniętej jednak łaską miłości.
Koncepcja Agaty Duda-Gracz byłaby całkowicie nie do przyjęcia, gdyby nie otaczające nas wszystkich realia. Wracając po północy z przedstawienia w Starej Gazowni napotykałam na ulicach Poznania różnych „kuzynów" tej upiornej Cyganerii, miotanych torsjami, nietrzeźwych lub „na haju". I wcale nie byli oni kierowani ręką młodej krakowskiej reżyserki.
<< |« start < « wstecz 1 2 dalej » > koniec »| >>
|