|
„Turandot" - ryzyko które się opłaca |
|
|
|
wtorek, 29 czerwca 2010 |
|
Strona 1 z 5
Kolejna superprodukcja Opery Wrocławskiej, już na największą skalę, bo na Stadionie Olimpijskim, na którym odbywają się zawody żużlowe, budzi niezmiennie podziw i uznanie dla twórców i pomysłodawców tego przedsięwzięcia. Nikt już nie pyta, czy opera jako gatunek się przeżyła, czy to sztuka dla elity, czy tylko osoby muzycznie wykształcone mogą się interesować spektaklami w których się wyłącznie śpiewa, i to jeszcze w obcym języku. Turandot Giacomo Pucciniego od razu stała się wydarzeniem, na które przyszły wielotysięczne tłumy, zresztą dla nich zorganizowano specjalny transport autobusowy, bo operowe superprodukcje to już we Wrocławiu tradycja, która weszły w krwioobieg miasta. Ogrom inscenizacji opery na Stadionie można było dostrzec jeszcze przed wejściem na widownię, bo widzów witały grupy naturalnej wielkości żołnierzy słynnej armii terakotowej (ponoć wyprodukowano aż 500 figur), takich samych, jacy setkami obstawili fragment Chińskiego Muru, który stanowił zasadniczy element scenografii. Ale akcja rozgrywać się miała nie na murach, lecz przed cesarskim pałacem na długich opasujących go chodnikach. Tutaj widzowie mogli obserwować pogoń za jednym ze śmiałków, który odważył się stanąć w konkury do księżniczki i grozi mu ucięcie głowy. Tutaj też pojawiały się orszaki tancerzy i żołnierzy, a także „oryginalne „kapsuły" stanowiące wizualizację zagadek, jakie księżniczka zadaje kolejnemu kandydatowi do swej ręki.
<< |« start < « wstecz 1 2 3 4 5 dalej » > koniec »| >>
|