|
„Werther" w Opéra National de Paris |
|
|
|
czwartek, 28 stycznia 2010 |
|
Strona 1 z 4
Obejmując funkcję dyrektora Opery Paryskiej Nicolas Joël zapowiedział, że głównym priorytetem jego działań artystycznych będzie przywrócenie warstwie wokalnej należnego jej w spektaklu operowym miejsca. W tej nieco celowo kąśliwej wypowiedzi postawił się w zdecydowanej opozycji wobec poprzedzającego go na tym stanowisku Gérarda Mortiera, który z upodobaniem wywoływał wiele kontrowersji stawianiem na pierwszym planie w założeniu nowatorskich, a w gruncie rzeczy prowokacyjnych inscenizacji. Wszakże miłośnicy sztuki operowej, którzy mieli okazję śledzić poczynania Joëla w Théâtre du Capitole w Tuluzie i podziwiać jego umiejętność celnego dobierania obsad solistów do poszczególnych produkcji, ani przez chwilę nie wątpili w szczerość tej wielce obiecującej deklaracji. Zostaje ona zresztą potwierdzona raz jeszcze za sprawą sprowadzonej z londyńskiej Coven Garden i wystawianej obecnie przy placu Bastylii fantastycznej pod każdym względem realizacji Werthera Julesa Masseneta.
Otóż to wzbudzające powszechny zachwyt publiczności i krytyki - co w Paryżu należy do niezmiernie rzadko występującego zjawiska - przedstawienie przygotował debiutujący w teatrze operowym, choć mający już w swoim dorobku ekranizację Toski (2001), reżyser filmowy Benoît Jacquot. Powiedzmy od razu, iż jego trzymająca się wiernie libretta oraz surowa i ograniczona do wizualnego minimum, czyli pozbawiona plastycznych fajerwerków wizja zmierza do istoty tragizmu opowiadanej nam w trakcie czterech aktów historii, a zarazem umiejętnie wydobywa z niej esencję wylansowanego przez Goethego, za pomocą literackiego pierwowzoru, preromantyzmu.
<< |« start < « wstecz 1 2 3 4 dalej » > koniec »| >> |