Prawnuki Bogdana Paprockiego

Opublikowano: poniedziałek, 09, wrzesień 2019 07:21
Pietras Sławomir

Jego śpiew towarzyszył mi od dzieciństwa. Był moim pierwszym Jontkiem, Stefanem, Hoffmannem, Faustem, Taminem, Manrikiem, Rudolfem, Cavaradossim… Po lekcjach w będzińskim liceum jeździłem na przedstawienia do Bytomia, podkochując się w jego scenicznych partnerkach; Bukietyńskiej, Stokowackiej, Rozelównie. Ale głosem, który mnie do końca zniewalał, był zawsze Bogdan Paprocki. 

 

Którejś niedzieli śpiewał na popołudniówce Toskę, a wieczorem Cyganerię. To wielki wyczyn, był w świetnej formie. Po obejrzeniu obydwu spektakli wróciłem do domu zachwycony i wstrząśnięty. Rozedrgany tym tenorowym przeżyciem położyłem na pulpit fortepianu arię „Ta rączka taka zimna” (wtedy śpiewało się wszystko po polsku) i zacząłem w ekstazie z własnym akompaniamentem. Pomieszanie skrzeku, wrzasku, skowytu, charkotu i jęku tej natchnionej głosem Paprockiego interpretacji spowodowało energiczną interwencję siostry znanego lekarza dr Jastrzębskiego mieszkającą za ścianą, a w konsekwencji jedyną próbę wokalistyki, zakończoną po latach bezpiecznym dyrektorowaniem.

 

Pewnego razu przyjechała do Warszawy moja poznańska operowa matka Antonina Kawecka. Na dziedzińcu Teatru Wielkiego weszli na siebie z Paprockim, wieloletnim partnerem scenicznym i serdecznym przyjacielem. – Kuba, ty to masz dobrze! Twój dyrektor wychował się na tobie w Bytomiu, szanuje cię i docenia, nie to, co ci moi oprawcy w Poznaniu. Mylisz się – Tośka – zareplikował po namyśle. Ciągle gdzieś jeździ, drze koty z Dejmkiem, podobno chce się żenić z Suchocką, a nawet pozwala tym smarkatym tenorom grać w karty w garderobie.

 

Ale słyszę, że ty też z nimi grasz i podobno wygrywasz – odparła dobrze poinformowana poznańska gwiazda. A tak – odparł – oni nie tylko śpiewają kiepsko, ale i w kartach są do niczego! 

 

Paprocki ciągle był z czegoś niezadowolony. W młodości z nadmiaru spektakli, potem z zagranicznych kontraktów, które regularnie odrzucał. Z kolegów – śpiewaków, niebędących abstynentami, bo on nigdy nie pił i nie palił. Z uwielbianego Zdunikowskiego, że za dużo chałturzy, z Kosteckiego pędzącego za szybko, gdy jeździli razem na koncerty, a z Wesołowskiego, że nazwał swojego psa Tenor.


Ale on nas wszystkich kochał. Stanowiliśmy jego jedyną (poza wspaniałą córką Grażyną) prawdziwą, choć tylko teatralną rodzinę. Bywał surowy, bezkompromisowy, do bólu szczery, ale zwykle sprawiedliwy, w swych osądach wyrazisty, czasem szyderczy, ale w gruncie rzeczy ostrożnie uważający na wrażliwość człowieka.

 

Przyjaźnił się z moją matką. W sposób szczególny łączyła ich tęsknota za posiadaniem wnuków. Zawiozłem ich kiedyś w tej sprawie nawet do Lourdes, u stóp Pirenei. Też nie pomogło. Myśleliśmy z Grażyną, aby wyswatać ich na starość. Mama była od niego tylko o pół roku starsza. Ale jego interesowały wyłącznie o pół wieku młodsze!. 

 

Swym pięknym śpiewem pobił wszystkie rekordy trwania w operowej profesji. Ponad 70 lat na scenie, przeszło 3000 spektakli i koncertów, blisko 60 czołowych partii operowych, od lekkiego Almavivy w Cyruliku sewilskim do dramatycznego Cania w Pajacach.W sercu kilku pokoleń rodaków wyrył swym porywającym głosem znamiona muzycznej polskości i patriotyzmu zwłaszcza, kiedy powracamy do jego bezcennych nagrań moniuszkowskich.

 

Od 9 lat już go nie ma wśród nas. Aby ukoić ciągłe niewygasłe nasze uczucia, Adam Zdunikowski – jego adorator i tenorowy giermek, wraz z równie zapatrzonym w Mistrza tenorem Sylwestrem Kosteckim oraz jeszcze kilku innymi wspaniałymi osobami utworzyli Stowarzyszenie im. Bogdana Paprockiego i organizują w Bydgoszczy konkurs wokalny jego imienia, już w listopadzie jeszcze tego roku. 

 

Dołączyłem do nich. Ale przedtem przyjadę do Filharmonii Narodowej w Warszawie, aby w niedzielę 22 września o godz 18 poprowadzić Galę Operową dokładnie w 100 rocznicę urodzin Mistrza. Udział zapowiedziały gwiazdy opery polskiej Joanna Woś, Monika Ledzion, Tadeusz Szlenkier i Marcin Bronikowski. Bogdan Paprocki nazwał kiedyś Adama Zdunikowskiego swym artystycznym wnukiem.

 

Więc studenci Zdunikowskiego (który już z powodzeniem wykłada wokalistykę) mogą być artystycznymi prawnukami Mistrza Paprockiego. Pierwszy z nich – tenor – nazywa się Krzysztof Zimny, a drugi – baryton – David Roy. Oni też będą śpiewać w tej Gali, aby polska wokalistyka operowa toczyła się zgodnie z tradycją i przemianą pokoleń tak, jak zawsze chciał tego urodzony przed 100 laty nasz polski operowy monarcha.

                                                              Sławomit Pietras